czwartek, 6 grudnia 2012

Chapter II

Nie mogłem zasnąć. W ogóle. Przewracałem się z boku na bok, walcząc z niezbyt wygodnym fotelem. Spałem w salonie, nie chcąc przeszkadzać pokiereszowanemu szkłem blondynowi. Ale to nie dyskomfort nie pozwalał mi zasnąć. Nie czułem się pewnie, nie zmrużyłem oka ze względu na wszechobecny, paraliżujący strach. Tak desperacki czyn Niall'a popchnął mnie do najgłębszych przemyśleń. Dlaczego próbował odebrać sobie życie? Czy naprawdę tego chciał? Czy chciał tylko zwrócić uwagę na to, jak bardzo cierpi, mimo zewnętrznie okazywanej radości i spokoju? Z tego co widziałem, tylko przy mnie nie bał się okazywać swoich prawdziwych lęków. Miałem wrażenie, że chociaż trochę czuje sie pewniej, kiedy jestem w pobliżu. Wtedy mniej więcej mogłem stwierdzić, że coś jest nie tak. Ale kiedy tylko ktoś obcy pojawiał się w pobliżu, Niall stawał się pewnym siebie, przepełnionym radością chłopakiem. Wtedy gubiłem się w tym, co się dzieje.
Teraz było jeszcze gorzej. Podciął sobie żyły. Dlaczego?
Czułem się tak, jakbym czegoś nie zrobił. Jakbym nie dopilnował najważniejszej dla mnie osoby.
Nagle pojawiły się wyrzuty sumienia. Czułem się winny tego wszystkiego, co ostatnio zaszło.
Przewróciłem się na drugi bok, brzegiem poduszki ocierając załzawione oczy. Puściły mi nerwy.
Nagle zapragnąłem być jak najdalej od tego wszystkiego. Uciec, daleko. Bardzo daleko. Wiedziałem, że w tym momencie wykazuje się monstrualnych rozmiarów egoizmem. Ale w głowie rodziło mi się coraz mocniejsze przekonanie, że nawaliłem. Przestałem czuć, że nad wszystkim panuje. Nawet bardziej, miałem wrażenie że nie panuje nad niczym. Czułem, że życie wyślizguje mi się przez palce.
"Rany, jestem takim tchórzem..!" - pomyślałem , wduszając twarz w poduszkę.
To prawda. Czułem, że uciekam od odpowiedzialności. Przypomniały mi się słowa z jednej z najmądrzejszych książek, jakie czytałem. "Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś...". To prawda, ale ja wykazałem się niebotycznym brakiem odpowiedzialności. Zawiodłem.

Gwałtownie otworzyłem oczy i usiadłem na twardym siedzisku. Potarłem zmęczone oczy dłońmi i ciężko dźwignąłem się na nogi. Skierowałem się ciemnym korytarzem w stronę pokoju, w którym - miałem nadzieje - spał blondyn.
Cicho dreptałem po jasnej podłodze, uważając, by nie wydać żadnego zbędnego dźwięku. Na szczęście drzwi były otwarte. Przez wąską szczelinę w drzwiach sączyło się światło. Zdziwiłem się, bo byłem przekonany, że wychodząc z pokoju poprzednim razem, wyłączyłem lampę.
Otworzyłem drzwi szerzej i zajrzałem do środka.
Chłopak siedział na łóżku, odwrócony plecami do wejścia.
- Dlaczego nie śpisz? Przecież nawet lekarz mówił, że masz dużo odpoczywać...
- Nie chcę. Boję się... - odpowiedział, nie odwracając się.
Ba, nawet się nie poruszył. Wzbudziło to we mnie jeszcze większe podejrzenia.
- Mogę wejść?
- Jak chcesz... - odpowiedział mi głosem całkowicie pozbawionym emocji.
Cicho wsunąłem się do wnętrza. Przez otwarte okno wpadało zimne powietrze, które natychmiast spowodowało, że na moich odsłoniętych przedramionach pojawiła się gęsta skórką.
- Powiesz mi, dlaczego? - zapytałem, siadając na miękkim materacu.
- Bo byłem głupi...
- Nie! - przerwałem mu stanowczo - Nie jesteś głupi. Po prostu się czegoś boisz. Tylko musimy wiedzieć czego. Inaczej sobie z tym nie poradzimy... Posłuchaj, może powinniśmy z kimś porozmawiać? Są specjaliści...
Chłopak poruszył się niespokojnie. Odwrócił się w moją stronę i dopiero wtedy zobaczyłem, jak mocno spuchnięte ma oczy. Przeraziłem się, bo w jego spojrzeniu pojawiło się coś niepokojącego, czego do tej pory nigdy nie widziałem.
- Sam powiedziałeś, że nie jestem chory. Jakiś czas temu. A teraz chcesz mi powiedzieć, że potrzebuję psychiatry, tak? Dlaczego...
Nagle urwał i znów odwrócił wzrok. Milczał przez dłuższą chwilę.
- Wiesz, chcę zostać sam. Możesz wyjść?
Zatkało mnie. Takiego obrotu spraw się zupełnie nie spodziewałem.
- Jasne... Gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj mnie, ok?
- Nie, dzięki, mam wszystko.
Podniosłem się i skierowałem do drzwi. Nie spojrzałem przez ramię. Słone łzy rozmyły mi obraz. Cicho zamknąłem drzwi i ruszyłem prosto w stronę telefonu. Muszę zadzwonić do Amelii...

1 komentarz:

  1. Maciej, Maciej, Maciej! Dopiero drugi rozdział a Ty żeś problemów im narobił! Mieli rzygać tęczuchą, a dopiero potem miała się zacząć akcja :/
    No ale nic, jakoś to przeżyję, chociaż serce mi się kraja jak chociażby czytam, że Niall jest przygnębiony.. To taki słodki Irlandczyk.. Ahh, Maciej! Mam wrażenie, że starasz się doprowadzić mnie do płaczu...
    Dobrze, czekam na ciąg dalszy, może ta cała Amelia wszystko naprawi.

    `Ronnie.

    OdpowiedzUsuń