niedziela, 9 grudnia 2012

Chapter III

Jak to było do przewidzenia, Amelia nie odebrała telefonu. Czasami zastanawiałem się, po co jej właściwie komórka, skoro i tak nigdy nie można się do niej dodzwonić. Stałem z telefonem przy uchu, opierając się o blat w kuchni, drugim uchem nasłuchując dźwięków dochodzących z głębi mieszkania. Dziwne, ale w tym momencie potrafiłem rozdzielić dźwięki, które wyłapywały moje uszy. Z prawej cisza mieszkania, z lewej miarowy i niezmienny dźwięk wychodzącego połączenia. Po czwartym razie się poddałem.
Z głębokiej, sosnowej szuflady pod wielkim lustrem wygrzebałem splątane słuchawki i podłączyłem je do telefonu. Chyba szczęście mi sprzyjało, bo kabel wystarczył, nie musiałem bawić się w rozplątywanie, które zapewne zajęłoby mi całą noc. Zrobiłem herbatę i usadowiłem się na kanapie.
Kiedy rano wstałem, herbata stała na stoliku w niezmienionej postaci, była tylko lodowato zimna. Bateria w telefonie wyczerpała się do zera. Słuchawki niemiłosiernie gniotły mnie w uszy.
Pokój zalany był zimnym, porannym słońcem. Normalny szum wydobywał się zza normalnego okna. Normalne kwiaty rosły wciąż w tych samych, normalnych doniczkach. Normalnie swędziało mnie kolano. Ale coś było nienormalnego. W powietrzu nie wyczułem zapachu kawy. A naprawdę mocno pociągałem nosem, żeby ten zapach zlokalizować.
Zawsze wstawałem jako drugi. I codziennie czekała na mnie wielka, parująca filiżanka świeżej kawy na blacie w kuchni. Dzisiaj jej brakowało.
Niby nic, ale brakująca kawa bardzo mnie zaniepokoiła. Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem do kuchni, potykając się o zbyt długie nogawki moich dresowych spodni. Z hukiem przefrunąłem nad dywanem i odbijając się od szafek, wylądowałem w kuchni. Nie było ani kawy, ani blondyna. Ba, nawet ekspres był wyłączony. Niepokój wzrósł.
Apogeum osiągnął, kiedy wszedłem do pokoju Nialla i go tam nie zastałem. Łóżko, standardowo w nieładzie, tym razem było idealnie pościelone. Na środku leżał biały telefon chłopaka. Usiadłem na gładkiej pościeli i chwyciłem urządzenie. To, że był dokładnie taki sam jak mój wykluczało wszelkie problemy z odblokowaniem. Dopiero kiedy skupiłem się na tapecie, którą Niall musiał ustawić w nocy, dotarło do mnie co na niej jest napisane.
Stuknąłem palcem w ikonkę galerii zdjęć i odszukałem to, co było na pulpicie. Rozsunąłem dwa palce na ekranie, aby powiększyć obraz. Równe pismo chłopaka rozpoznałem od razu.

„Wiedziałem, że zajrzysz do mojego telefonu. Specjalnie go tam zostawiłem. Widzisz, dobrze Cie znam. Tak sądzę. Tylko nie wiem, czy Ty znasz mnie. Nie boisz się tego, co siedzi w mojej głowie? Ja się boję. Bo znam sam siebie. Wychodzi na to, że Ty się nie boisz, czyli mnie nie znasz. I mogę założyć się, że nie wyczułeś rano kawy, prawda? Tak byłeś tym zaabsorbowany, że pewnie nie zwróciłeś uwagi na to, co leży na dużym stole. Mam rację? Zostawiłem tam coś dla Ciebie. Ale zanim pobiegniesz sprawdzić, co to, proszę Cie tylko o to, żebyś nie panikował i zaufał mi znowu, tak jak kiedyś. I nie wydzwaniaj do Amelii, bo i tak nie odbierze...”

No i masz. Siedziałem na tym łóżku z głupią miną Bóg wie ile czasu. Gapiłem się w przestrzeń, ściskając w ręku telefon blondyna i zastanawiając się nie wiadomo nad czym. Dopiero po dłuższym czasie dotarł do mnie sens tej notki.
Niall wiedział dokładnie, co zrobię, kiedy zauważę, że coś jest nie tak jak trzeba. Wiedział, że kiedy tylko napomknie o czymś, co przeoczyłem, natychmiast będę chciał iść tego szukać. Wiedział, że nie zauważę tego, kiedy nie ma kawy. Wiedział, że będę dzwonił do Amelii. Wiedział o mnie prawie wszystko. A ja? Czy ja wiedziałem o nim wszystko? I co, do diabła, siedzi w jego głowie? On już wie. Ja nie wiem. On się tego boi. Ja nie, bo nie wiem, co to jest. Boję się tylko, że coś sobie ubzdurał. Lubił wyolbrzymiać różne rzeczy. Jeśli tym razem też tak jest? Że jakaś błahostka urosła w jego oczach do rozmiarów Jumbo Jeta? Zdenerwowałem się.
Zły na siebie, że siedzę i myślę, zamiast zacząć działać, ruszyłem do pokoju, rozglądając się na boki jak szalony, jakbym czegoś szukał. Niczego nie szukałem, doskonale wiedziałem, dokąd idę i czego mam się spodziewać. Mimo to...
Prawie przywaliłem głową w ścianę, kiedy na dużym stole w kuchni zauważyłem wielką płachtę papieru. Słowo daję, chyba nawet Australia jest mniejsza niż ta kartka. Zgarnąłem z ławy wczorajszą herbatę i złapałem list w ręce.

„Znalazłeś, prawda? Widzisz, mówiłem Ci, że przeoczysz. Wiem też, że jesteś zły na siebie i prawdopodobnie pijesz wczorajszą herbatę...”

Spojrzałem ze zdziwieniem najpierw na kartkę, potem na herbatę. Skąd on to wie? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, bo nagle poczułem się dziwnie niepewny i obserwowany. Mimowolnie zerknąłem w okno. Pokręciłem głową z dezaprobatą i wróciłem do lektury listu.

„... i wiem, że zastanawiasz się, skąd ja to wiem. Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam. Znamy się przecież ponad trzy lata. Zdążyłem przez ten czas nauczyć się Twoich zwyczajów, upodobań i zboczeń. Jak na przykład tego, że czytając cokolwiek, drapiesz się po głowie. Tego, że prowadząc auto, zawsze swędzi Cie wierzch dłoni. I wielu, wielu innych rzeczy...”

Zastanowiłem się. Faktycznie, drapałem się właśnie w skroń. A co do swędzącej dłoni za kierownicą – to też nie mijało się z prawdą...

„... które stały się Twoją codziennością i nawet ich nie zauważasz. Ja je widziałem. Ale czy Ty widziałeś te rzeczy u mnie? Nie jestem pewien.
Wiedziałeś zawsze, kiedy się czegoś bałem lub denerwowałem się z jakiegoś powodu. Ale dlaczego? Bo zawsze Ci o tym mówiłem. Za każdym razem musiałem Ci o tym powiedzieć, bo sam nigdy byś się nie domyślił. Przyznaj mi racje. Tak było, nie zaprzeczysz.
Kiedy ostatnio budziłem się w nocy, zawsze byłeś przy mnie. Ale byłeś, bo chciałeś, czy byłeś, bo musiałeś? Nie było czasami tak, że pilnowałeś mnie, bo wiedziałeś, że wtedy w miarę spokojnie śpię? Bo chciałeś odpocząć? Ja wiem, że to brzmi, jakbym miał do Ciebie pretensje. W pewnym sensie mam. Ale nie takie, jakie mam do siebie.
Ale... W sumie sam nie wiem, jak to powiedzieć. Spójrz, ostatnio wyszedłeś na egzamin. To wystarczyło, żebym próbował się zabić. Jak to się skończyło? Zawaliłeś rok przeze mnie, to moja wina. Prawda? Wiem, na pewno nie raz, nie dwa tak myślałeś. Że gdyby nie ja, to miałbyś dyplom w ręku. Byłbyś szczęśliwym absolwentem wyższej uczelni i miałbyś otwarte drzwi na wielki świat. A nie masz. Bo ktoś, kogo chyba kochałeś, postanowił się zabić. Nie dziwię się, jeśli mnie za to obwiniasz...”


Pomyślałem, że to skończone bzdury i największa głupota świata.

„... i w sumie masz rację. Chyba trochę pieprzę od rzeczy, nie sądzisz? No cóż, chyba mam racje, to się w ogóle nie trzyma kupy. Więc pozwól, że przejdę do sedna sprawy.
Jak już zdążyłeś zauważyć, zniknąłem. Nie bez powodu prosiłem, żebyś nie wydzwaniał do Amelii. Chodzi mi o to, żebyś mnie nie szukał. Myślę, że to, że odszedłem, dobrze Ci zrobi. Miałeś przeze mnie same problemy. Dostawałeś ode mnie samo zło. Nie jestem Ci potrzebny, tylko Ci przeszkadzam. Co do moich poderżniętych żył... Było tak dlatego, że nie byłeś przy mnie. Myślałem że zwariuję. Ale spokojnie – na razie nie mam zamiaru sobie nic zrobić, przynajmniej dopóki, dopóty jestem świadomy tego co robię. To taka... hmmm... kuracja odwykowa. Może wytrzymam, może nie, kto to może wiedzieć. Ale powtarzam jeszcze raz. Dasz sobie radę beze mnie. Amelia nic Ci nie powie, rozmawiałem z nią w nocy, obiecała mi pomóc. Więc nie licz na to, że cokolwiek od niej wyciągniesz, nawet jeśli w końcu odbierze telefon.
Nie mówię, że to koniec. Może kiedyś los sprawi, że jeszcze się zobaczymy, chociaż nie chciałbym tego. Liczę na to, że wraz z upływem czasu zaczniesz o mnie zapominać. Znajdziesz sobie kogoś na moje miejsce. Że zaczniesz żyć tak, jak chcesz. Nie podporządkowując się moim kretyńskim zachowaniom.
Każdą moją rzecz, jaką jeszcze znajdziesz w domu, możesz śmiało komuś oddać albo wyrzucić. Nie potrzebne mi już nic, a to, co zabrałem, wystarczy mi w zupełności. Jeśli przyjdzie Ci do głowy mimo wszystko mnie szukać – nie znajdziesz mnie, bo ja sam nie wiem, gdzie się udam. Będę szedł tak długo, aż dojdę do tego, co i tak mnie czeka. Wiesz chyba, o czym mówię, prawda?
Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś... Na zawsze Twój. Chociaż, może lepiej nie...”



Musiałem przeczytać to kilka razy, bo absolutnie nic nie potrafiłem z tego zrozumieć. Nie wiedziałem, co chciał powiedzieć przez ten list. Wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia, że nie podchodziłem do niego we właściwy sposób? Usprawiedliwić siebie czy mnie? Zrobić sobie tło dla swojego odejścia? Nie rozumiałem nic. I w jaki sposób zdołał przekabacić Amelię?! Przecież ta dziewczyna była uparta jak osioł, rzadko zdarzało się, żeby na cokolwiek ją namówić. No ale cóż, Niall miał swój urok i potrafił go doskonale wykorzystać.

                                                                       * * *

Czwartego dnia od momentu, w którym zostałem w domu sam, wciąż nie wiedziałem nic. Nikt nic nie widział, nie słyszał. Nikt nie był w stanie domyśleć się, gdzie mógł zniknąć Niall. Postawiłem na nogi wszystkich moich znajomych, naszych wspólnych przyjaciół. Zawiadomiłem policję. Nic. Chłopak przepadł jak kamień w wodę.
Wisiałem akurat na telefonie, kiedy ktoś zadzwonił do moich drzwi. Rzuciłem telefon w kąt i podbiegłem do wejścia. Otworzyłem ciężkie, wejściowe drzwi, żeby stanąć twarzą w twarz z jakimś wysokim, starszym mężczyzną z zatroskanym wyrazem twarzy. Wyglądał mimo to strasznie poważnie.
- Tak...?
- Witam, nazywam się Richard Barrows z londyńskiej policji. Mogę wejść?
- A ja mogę zobaczyć pańską legitymację? - wypaliłem głupio.
Facet tylko westchnął, pogrzebał w kieszeni przez chwilę i podetknął mi pod nos legitymację oprawioną w elegancki, skórzany pokrowiec. Upewniwszy się, że wiem z kim mam do czynienia, odsunąłem się i wpuściłem faceta do wnętrza.
Zaproponowałem coś do picia, facet poprosił o czarną kawę z brązowym cukrem. Też wymyślił! Krzątając się po kuchni w poszukiwaniu składników, postanowiłem zacząć rozmowę, bo czekanie na to, aż on odezwie się pierwszy, zaczynało mnie denerwować.
- Czy coś wiadomo? - zapytałem z wnętrza szafki, w którym teoretycznie powinien być cukier. Teoretycznie, bo w tej kuchni wciąż wszystko zmieniało miejsce.
- Właśnie w tej sprawie przychodzę.
- Domyślam się! - odparłem niezbyt grzecznie.
Wyłowiłem cukier, wsypałem do cukiernicy i razem z kawą zaniosłem Barrows'owi, który usadowił się przy stoliku w salonie. Usiadłem naprzeciwko i splotłem palce na blacie.
- Otóż. Zgłosił pan zaginięcie przyjaciela, tak?
- Tak...
- Na pewno przyjaciela?
Zdenerwowałem się okropnie.
- A co to ma za znaczenie?!
- Dość duże, jeśli mamy pomóc... - ton Barrows'a był wyjątkowo spokojny.
- No dobrze, dobrze. Co pan chce wiedzieć? Tylko bez żadnego nagrywania. Mówię to panu tylko dlatego, że chcę znaleźć Nialla, nic więcej. Możemy się tak umówić? Inaczej podziękuję i sam się tym zajmę. - chciałem udawać twardziela, więc zakończyłem dość bojowniczo.
- Dobrze. Ale tylko ten jeden raz. Jeśli będzie potrzebne kolejne przesłuchanie, musimy to nagrywać. Takie są przepisy. Rozumiemy się?
- Tak. No to co mam mówić?
- Najlepiej wszystko od początku...
Westchnąłem ciężko, usiadłem wygodniej na krześle i wbiłem spojrzenie w stół.
- No cóż. Wszystko zaczęło się jakoś... bo ja wiem? Trzy, trzy i pół roku temu.
- Jak się poznaliście? - wpadł mi w słowo gliniarz, nawet nie dając mi dobrze zacząć.
- Przypadek. Na imprezie, organizował ją – jak się potem okazało – nasz wspólny znajomy. Wie pan, jak to jest na imprezach studenckich. Od drinka do drinka, od słowa do słowa. Ludzie po alkoholu mówią różne rzeczy, nie zawsze uda się wszystko ukryć.
- Lubi pan wypić?
- Słucham? Nie, nie jestem alkoholikiem, jeśli o to chodzi. No, w każdym razie... To był pierwszy raz, kiedy się spotkaliśmy. Potem nagle dotarło do nas, że uczymy się na tej samej uczelni, tylko on dopiero zaczynał pierwszy rok, a ja drugi.
- Drugi? Nie jest pan starszy o dwa lata? - spytał Burrows znad notatek.
- Jestem, ale przed uczelnią miałem rok przerwy, zarabiałem na studia. No i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy na siebie wpadać w przerwach, wychodzić na imprezy, zaprzyjaźniliśmy się... No a potem...
- Potem co?
Zaczynało mnie denerwować to, że ten facet wciąż wpada mi w słowo. Dobrze wiedziałem, co chce usłyszeć, już ja znam takich bajerantów!
- No przecież pan wie, co chce usłyszeć. Więc tak, zaczęliśmy się spotykać na trochę innym gruncie, niż na zwykłym przyjacielskim. Po roku moi rodzice kupili mi to mieszkanie, w którym teraz jesteśmy, Niall się wprowadził i tak sobie mieszkamy. To znaczy, mieszkaliśmy...
- I przez te trzy lata nic nie zwróciło pańskiej uwagi? Dziwne zachowania? Podejrzani znajomi? Skłonność do narkotyków? Alkoholu?
- No wiadomo, tak jak każdy, lubił wypić drinka czy piwo. Ale nigdy z przesadą, może ze dwa razy urwał mu się film. Prochy? Nie, dobrze wiedział, że nigdy tego nie tolerowałem i wciąż nie toleruję, więc z tego co wiem, nigdy nie próbował. Ufam mu, więc wierzę, że tak było. Znajomi? Hmm... Wie pan, już mówiłem, ufałem mu, więc nie wnikałem z kim się spotyka. Nie jestem gliną, żeby wszędzie wpychać nos... Ups, przepraszam... - dodałem na widok uniesionych brwi Burrows'a. Na moje szczęście się uśmiechnął.
- Spokojnie, nie raz to słyszę. Ale na pewno nic nie zwróciło pańskiej uwagi?
- No, skoro już przy tym jesteśmy... Ostatnio bardzo często miał koszmary. Złe sny, budził się, wciąż czegoś się bał. Długo nie potrafił zasnąć, a potem spał jak na igłach. Próbowałem mu jakoś pomóc, ale niestety, nic nie umiałem zrobić. Zresztą, powinien pan to wiedzieć, w końcu dostaliście jego telefon i ten list, który zostawił.
- Ja to wiem, sprawdzam tylko, czy pan nie podłożył dowodów.
- Słucham? Zaraz, chyba nie podejrzewacie, że coś mu zrobiłem?!
- A zrobił pan?
- Nigdy w życiu! Przecież byliśmy razem! Owszem, wkurzał mnie dość często, ale...
Urwałem znowu, bo zauważyłem, że zapędzam się w kozi róg. Muszę zacząć uważać na to, co mówię, bo może się to źle dla mnie skończyć.
- Często się kłóciliście?
- Prawie nigdy... - odparłem – Owszem, zdarzało się, ale trwało to krótko i dobrze się kończyło. W końcu trzy lata to trzy lata, prawda?
- Prawda... No cóż. Niestety, wciąż nikt od nas nie potrafi namierzyć pana Horana. Jeśli coś będziemy wiedzieli, na pewno się odezwiemy. Zostawię panu moją wizytówkę, gdyby cokolwiek przyszło panu do głowy, proszę dzwonić, nawet w nocy. W tym wieku mam problemy ze spaniem.
Burrows pożegnał się i wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie z wizytówką i mętlikiem w głowie. Kawa powinna mi pomóc. Pstryknąłem ekspresem...










czwartek, 6 grudnia 2012

Chapter II

Nie mogłem zasnąć. W ogóle. Przewracałem się z boku na bok, walcząc z niezbyt wygodnym fotelem. Spałem w salonie, nie chcąc przeszkadzać pokiereszowanemu szkłem blondynowi. Ale to nie dyskomfort nie pozwalał mi zasnąć. Nie czułem się pewnie, nie zmrużyłem oka ze względu na wszechobecny, paraliżujący strach. Tak desperacki czyn Niall'a popchnął mnie do najgłębszych przemyśleń. Dlaczego próbował odebrać sobie życie? Czy naprawdę tego chciał? Czy chciał tylko zwrócić uwagę na to, jak bardzo cierpi, mimo zewnętrznie okazywanej radości i spokoju? Z tego co widziałem, tylko przy mnie nie bał się okazywać swoich prawdziwych lęków. Miałem wrażenie, że chociaż trochę czuje sie pewniej, kiedy jestem w pobliżu. Wtedy mniej więcej mogłem stwierdzić, że coś jest nie tak. Ale kiedy tylko ktoś obcy pojawiał się w pobliżu, Niall stawał się pewnym siebie, przepełnionym radością chłopakiem. Wtedy gubiłem się w tym, co się dzieje.
Teraz było jeszcze gorzej. Podciął sobie żyły. Dlaczego?
Czułem się tak, jakbym czegoś nie zrobił. Jakbym nie dopilnował najważniejszej dla mnie osoby.
Nagle pojawiły się wyrzuty sumienia. Czułem się winny tego wszystkiego, co ostatnio zaszło.
Przewróciłem się na drugi bok, brzegiem poduszki ocierając załzawione oczy. Puściły mi nerwy.
Nagle zapragnąłem być jak najdalej od tego wszystkiego. Uciec, daleko. Bardzo daleko. Wiedziałem, że w tym momencie wykazuje się monstrualnych rozmiarów egoizmem. Ale w głowie rodziło mi się coraz mocniejsze przekonanie, że nawaliłem. Przestałem czuć, że nad wszystkim panuje. Nawet bardziej, miałem wrażenie że nie panuje nad niczym. Czułem, że życie wyślizguje mi się przez palce.
"Rany, jestem takim tchórzem..!" - pomyślałem , wduszając twarz w poduszkę.
To prawda. Czułem, że uciekam od odpowiedzialności. Przypomniały mi się słowa z jednej z najmądrzejszych książek, jakie czytałem. "Jesteś odpowiedzialny za to, co oswoiłeś...". To prawda, ale ja wykazałem się niebotycznym brakiem odpowiedzialności. Zawiodłem.

Gwałtownie otworzyłem oczy i usiadłem na twardym siedzisku. Potarłem zmęczone oczy dłońmi i ciężko dźwignąłem się na nogi. Skierowałem się ciemnym korytarzem w stronę pokoju, w którym - miałem nadzieje - spał blondyn.
Cicho dreptałem po jasnej podłodze, uważając, by nie wydać żadnego zbędnego dźwięku. Na szczęście drzwi były otwarte. Przez wąską szczelinę w drzwiach sączyło się światło. Zdziwiłem się, bo byłem przekonany, że wychodząc z pokoju poprzednim razem, wyłączyłem lampę.
Otworzyłem drzwi szerzej i zajrzałem do środka.
Chłopak siedział na łóżku, odwrócony plecami do wejścia.
- Dlaczego nie śpisz? Przecież nawet lekarz mówił, że masz dużo odpoczywać...
- Nie chcę. Boję się... - odpowiedział, nie odwracając się.
Ba, nawet się nie poruszył. Wzbudziło to we mnie jeszcze większe podejrzenia.
- Mogę wejść?
- Jak chcesz... - odpowiedział mi głosem całkowicie pozbawionym emocji.
Cicho wsunąłem się do wnętrza. Przez otwarte okno wpadało zimne powietrze, które natychmiast spowodowało, że na moich odsłoniętych przedramionach pojawiła się gęsta skórką.
- Powiesz mi, dlaczego? - zapytałem, siadając na miękkim materacu.
- Bo byłem głupi...
- Nie! - przerwałem mu stanowczo - Nie jesteś głupi. Po prostu się czegoś boisz. Tylko musimy wiedzieć czego. Inaczej sobie z tym nie poradzimy... Posłuchaj, może powinniśmy z kimś porozmawiać? Są specjaliści...
Chłopak poruszył się niespokojnie. Odwrócił się w moją stronę i dopiero wtedy zobaczyłem, jak mocno spuchnięte ma oczy. Przeraziłem się, bo w jego spojrzeniu pojawiło się coś niepokojącego, czego do tej pory nigdy nie widziałem.
- Sam powiedziałeś, że nie jestem chory. Jakiś czas temu. A teraz chcesz mi powiedzieć, że potrzebuję psychiatry, tak? Dlaczego...
Nagle urwał i znów odwrócił wzrok. Milczał przez dłuższą chwilę.
- Wiesz, chcę zostać sam. Możesz wyjść?
Zatkało mnie. Takiego obrotu spraw się zupełnie nie spodziewałem.
- Jasne... Gdybyś czegoś potrzebował, zawołaj mnie, ok?
- Nie, dzięki, mam wszystko.
Podniosłem się i skierowałem do drzwi. Nie spojrzałem przez ramię. Słone łzy rozmyły mi obraz. Cicho zamknąłem drzwi i ruszyłem prosto w stronę telefonu. Muszę zadzwonić do Amelii...

środa, 5 grudnia 2012

Chapter I

Zacznamy. Bez zbędnych wstępów i lukrów. Po prostu przeczytajcie. Przeczytajcie i skomentujcie, jestem naprawdę ciekawy, jak to odbierzecie...



Rozdział I.

  Zawsze sądziłem, że prawdziwa miłość nie istnieje. Że to tylko wymysł literatów i filmowców. Coś na sprzedaż, czekoladowe serduszko na sklepowej półce. Kolacja we dwoje na paryskiej uliczce ładnie wyglądająca na pocztówce. Czasami wciąż zastanawiam się, gdzie wtedy był mój umysł…
Teraz, kiedy siedzę na kanapie i wpatruję się w jasne włosy chłopaka leżącego na moich kolanach wiem, że taka miłość jednak istnieje. Istnieje i ma się dobrze. Moja miłość ma metr siedemdziesiąt dwa wzrostu, jest chuda i ma cudne, niebieskie oczy. Tak głębokie, że można by znaleźć w nich dno Rowu Mariańskiego. Lubi jeść i rzucać we mnie poduszkami. I gryźć mnie w ucho, za każdym razem kiedy odmówię zrobienia jej śniadania.
Jest dziewiąta wieczorem. Przez zasłonięte do połowy zasłony sączy się ciepłe, złociste światło ulicznej latarni. Na jasnej podłodze salonu pojawiają się i znikają ciemne plamki. Śnieg w tym roku pada wyjątkowo obficie. Lubię śnieg. Jest taki idealny. Czysty. Harmonijny. Uspokaja mnie, bo pada w swoim tempie i ma wszystko gdzieś. Żyje własnym życiem, na nikogo nie zwraca uwagi. Jest taki idealny…
W powietrzu daje się wyczuć zapach wanilii i wina. Gdzieś w głębi kominka trzaskają resztki żarzącego się drewna. Z głośników sączy się delikatne brzmienie pianina. Wszystko wokół wytwarza niesamowicie kojącą atmosferę. Świat wydaje się spokojny, ustatkowany. Miarowy oddech śpiącego na moich kolanach blondyna uświadamia mnie w poczuciu, że tak musi wyglądać prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość. Musi pachnieć winem i wanilią. Brzmieć pianinem. Musi być wypełniona żarem kominka i śniegiem. Musi być spokojna i miarowa. Bez wzniesień i upadków. Stała. Musi trwać, tak jak trwa sen chłopaka na moich kolanach. Powinna smakować orzechową herbatą lub czekoladowym cappuccino. Musi mieć wyrazisty, ale bardzo delikatny smak. Ta miłość, właśnie ta moja. Taka była. I nie chciałem by cokolwiek miało ją zmienić. Nigdy bym na to nie pozwolił. I byłem przekonany, że spokojnie drzemiący na moich kolanach Niall zrobiłby to samo. Połączył nas przypadek. Przypadek, który w tej chwili ma już ponad trzy lata. Przez ten czas nauczyłem się, czym jest przywiązanie. Czym jest oddanie i poświęcenie. I czym jest szczęście.
Śpiący chłopak poruszył się niespokojnie, marszcząc zabawnie nos. Pewnie znowu coś mu się śni. Ostatnio często budził mnie w nocy, mówiąc mi o swoich koszmarach. Snach, z którymi nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić. Nie mogliśmy razem. W takich momentach przytulałem go najmocniej jak potrafiłem i zapewniałem, że wszystko jest w porządku. Że to tylko złe sny, głupie koszmary które nic nie znaczą. Ale w jego oczach często odnajdywałem strach i zagubienie. Teraz nie obudził się, ale wiercił się. Wyczuwałem, jak napina się każdy jego mięsień i jak przyspiesza oddech. Położyłem mu ciepłą dłoń na ramieniu, delikatnie przesuwając nią w górę i w dół. Chciałem, żeby wiedział że jestem obok. Żeby nie czuł się samotny. Jego oddech zwolnił, ale wciąż był szybszy niż przed kilkoma momentami. Schyliłem się i delikatnie pocałowałem go w policzek.
- Już dobrze… Jestem. Śpij spokojnie… - wyszeptałem mu do ucha, końcem nosa przesuwając po jasnych włosach. Zaswędział mnie, ale opanowałem kichnięcie, nie chcąc budzić chłopaka. Podrapałem się. Robiło mi się niewygodnie. Za oknem przejechał z hukiem jakiś samochód. Taki hałas obudziłby nawet umarłego, nic dziwnego więc że Niall otworzył szeroko oczy.
- Co się dzieje? – zapytał, siadając gwałtownie i rozglądając się naokoło spłoszonym wzrokiem. Wiedziałem, że po raz kolejny miał złe sny. Dlatego zawsze pilnowałem go, kiedy spał. On o tym nie wiedział. Myślał że też śpię. To była moja trzecia nieprzespana noc, co dawało się powoli po mnie zauważyć. Pod oczami pojawiały mi się sine półokręgi a moja koncentracja była prawie zerowa.
- Nic, spokojnie. Znowu złe sny? – spytałem, rozprostowując kości. Kilka godzin w jednej pozycji sprawiło, że wszystko mnie bolało. Rozciągnąłem się rozkosznie, mierzwiąc włosy dłonią. Niall wciąż oddychał bardzo szybko. Wsunął dłoń pod koszulkę, jakby sprawdzając bicie swojego serca. Wiedziałem, że jest przerażony. I wiedziałem, że i tym razem będę musiał wysłuchać opowieści o tym, co stało się w jego snach. Moja głowa powoli przestawała przyjmować kolejne porcje koszmarów. Była przepełniona. Mówi się, że pełnego naczynia nie da się napełnić. Moje było wypełnione po brzegi. Wylewało się z niego. Chciałem go wysłuchać. Chciałem mu pomóc. Ale po prostu nie mogłem, nie potrafiłem i nie miałem już siły. Nie umiałem już słuchać, mimo że niczego nie pragnąłem bardziej.
- Chyba tak… - wyszeptał, wciąż wyraźnie przestraszony.
Przysunąłem się do niego, chwytając jego dłoń. Spojrzałem prosto w przeraźliwie czyste, niebieskie oczy. Widziałem w nich potężną mieszaninę uczuć, wewnętrzną bitwę. Szamotaninę, niepokój, strach, ból i niezrozumienie.
- Już jest w porządku. To tylko kolejny zły sen, rozumiesz? Wszystko jest dobrze. Jesteś tu, ja tu jestem, mamy siebie… Poradzimy sobie, prawda? To minie.
- Ja się boję. Nie wiem co się dzieje… - powiedział, kładąc głowę na moim ramieniu. Podniosłem rękę i odgarnąłem blond włosy z jego czoła. Poczułem, jak płonie.
- Ej, masz gorączkę… Co się dzieje? Wszystko jest w porządku? Dobrze się czujesz?
Niall przyłożył swoją dłoń do głowy. Dostrzegłem, jak w półmroku pokoju rozszerzają się jego źrenice.
- Boże, boli mnie głowa… Co to ma znaczyć?! – chłopak zaczynał panikować.
Objąłem go ramieniem. Nie potrafiłem nic zrobić. Mogłem tylko być, milczeć i trwać przy nim. Nawet gdybym stanął na rzęsach, nie potrafiłbym nic zrobić.
- Nie wiem. Spróbujmy zasnąć, co? Ale może nie tutaj. Ta kanapa jest za mała dla nas dwóch. Chodź… - powiedziałem, wstając i ciągnąc go za rękę. Nie ruszył się z miejsca.
- Nie, ja się boję. Nie chcę…
- No chodź. Idę z tobą przecież.
Niall nie ruszył się z miejsca. Czułem, jak kurczowo ściska moją rękę. Tej nocy musiało być gorzej. Coś poważnego. Usiadłem znów na kanapie.
- Posłuchaj mnie. Opowiesz mi wszystko po kolei, dobrze? Ale nie tutaj. Nie chcę tego słuchać w tym miejscu, w którym to się działo. A i tobie powinno być łatwiej w innym miejscu. Dobrze? Proszę cię, Niall. Chodźmy stąd.
Chłopak powoli podniósł się z kanapy, wciąż ściskając moją dłoń. Jego strach był tak wielki, że czułem go przez jego skórę. Wbijał się we mnie cieniutkimi igłami, paraliżował nas obu. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Nigdy do tej pory nie było tak źle. Nigdy lęk nie zawładnął nim tak bardzo, jak dzisiaj. Nie do tego stopnia, żeby bał się ruszyć z miejsca. Ostre kolce strachu wbijały się we mnie coraz głębiej. Bałem się nie tego, czego bał się Niall. Bałem się o niego. O to, że nie poradzi sobie z własnymi słabościami. Że podda się i przestanie walczyć. A wtedy strach opanuje go całego. Bałem się tego, że wtedy nie będzie panował nad sobą i zrobi coś, czego nie będę potrafił sobie wybaczyć do końca życia. A ten koniec nadszedłby bardzo szybko.
Rzuciłem krótkie spojrzenie w szczelinę między ciężkimi, bordowymi zasłonami. Złote światło latarni jakby przygasło, zasłonięte przez coraz większe płatki śniegu. Biała kurtyna odcinała nas od świata zewnętrznego, potęgując uczucie strachu, który zalęgł się w nas jak pasożyt. Niszczył nas od środka. Pożerał. Strach, którego nie potrafiliśmy wytłumaczyć. Idąc przez wyłożony jasnymi panelami korytarz, poczułem się straszliwie zmęczony. Powieki same mi opadały a ból w kręgosłupie nasilał się z każdym krokiem.
„Muszę być silny. Muszę wytrzymać. Muszę mu pomóc.”
Powtarzałem te słowa jak mantrę, a nasze kroki odbijały się echem w przestronnym pomieszczeniu. Pchnąłem drzwi, wsuwając rękę i przesuwając nią w powstałej szczelinie w poszukiwaniu przełącznika światła. Wkrótce dwie duże, ale słabe żarówki zabłysły światłem, oblewając pokój złocistą poświatą. Spojrzałem na chłopaka, który wszedł do pokoju zaraz za mną. Wyglądał naprawdę źle. Podkrążone oczy, których białka poprzecinane były czerwonymi promieniami pękniętych naczynek krwionośnych. Skronie i kark pokrywały drobniutkie kropelki potu. Na jasnym materiale podkoszulki widać było kilka małych plamek. Był blady i słaby. Gorączka trawiła go, było to widać jak na dłoni. Posadziłem go na łóżku i zdjąłem mu mokrą od potu koszulkę. Wyszarpnąłem z szafki biały, puszysty ręcznik do rąk i złożyłem go w kostkę. Namoczywszy go wodą z butelki, która stała obok łóżka, położyłem wilgotny i zimny materiał na rozpalonym czole blondyna. Przymknął oczy, kiedy mokry ręcznik dotknął jego gorącej skóry. Siedziałem obok, przyglądając mu się uważnie. Niall przekręcił się na bok i spojrzał na mnie zmęczonymi oczami. Wiedziałem, że wkrótce rozpocznie się opowieść. Historia, której zaczynałem się bać.
- Boję się tego. To siedzi w mojej głowie. Czy ja jestem chory?
Pokręciłem głową, próbując się uśmiechnąć. Nie wyszło.
- Nie jesteś chory… Masz gorączkę, odpocznij. Rano wszystko mi opowiesz.
- Nie chcę czekać do rana. Nie zasnę, jeśli tego z siebie nie wyrzucę.
Westchnąłem ciężko, ujmując ciepłą dłoń Nialla w ręce. Niemy znak do tego, aby zaczął mówić. Teraz będzie tylko lepiej.
- Znowu zaczęło się tak samo. Duży, szary i zimny pokój. Blacha na ścianach, podłodze, suficie. I ta skrzypiąca, metalowa lampa która wisi nade mną i wiecznie się kołysze. Skrzypiała. Teraz mocniej niż zawsze. Łańcuch chyba miał pęknąć. Trzeszczało. I znowu siedziałem na krześle. Ale tym razem nie mogłem nawet się ruszyć. Czułem jak to wszystko mnie paraliżuje… Jakby jakaś niewidzialna siła przypięła mnie do tego cholernego krzesła. Żarówka zaczynała mrugać, ale klosz wciąż się kołysał. I wtedy… - urwał.
- Co się stało?
- I wtedy ta blacha na ścianach zaczęła się robić pomarańczowa, brudna. Jakby nagle zaczęła rdzewieć…Były takie dziwne, duże plamy. W ścianie przede mną były jakieś drzwi. Metalowe, jak wszystko tam. Tak samo zimne i złe. I spod tych drzwi zaczęła wypływać krew. Otworzyły się, ktoś wszedł, ale nie widziałem kto. Nie mogłem ruszyć głową, widziałem tylko buty. Ciężkie, jakby wojskowe. Ten ktoś do mnie podszedł, trzymał jakiś duży nóż, bo widziałem ostrze… miał zegarek na ręku, na czarnym pasku.
Chłopakiem wstrząsnął nagły dreszcz. Przymknął oczy, opanowując panikę. Wziął głęboki wdech, jakby próbując się uspokoić. Pogłaskałem go po wierzchu dłoni.
- Położył ten nóż na moim ręku… - ciągnął dalej blondyn – Przesuwał nim, ale nie przecinał mi skóry. Chodził wokół mnie, chyba na mnie patrzył. Bałem się… I nagle zniknął. Myślałem że to koniec, ale potem uświadomiłem sobie że stoi za mną. Złapał mnie za szyję, czułem silny uchwyt… I przerażające zimno stali na szyi. Tak jakby przykładał mi ten nóż. Potem wszystko zrobiło się czarne, huknęło i… i potem się obudziłem.

Zamrugałem oczami. Ten sen był znacznie inny, niż poprzednie. Nie było w nim szarej, brudnej wody. Nie było tłuczonego, czerwonego mięsa. Nikt nie umarł. Zgadzał się pokój i krzesło. Ale cała reszta? Pociemniało mi w oczach. Zaczynałem się coraz bardziej bać. O niego. Podniosłem wzrok. Po policzku spływała mu łza. Chryste, zrobiło mi się słabo.
- Hej, hej. Nie płacz, to tylko sen. Nie bój się… - powiedziałem, kładąc się obok niego i przesuwając dłonią po spoconych skroniach chłopaka. Nigdy nie był tak bezbronny jak teraz. Nigdy tak bardzo się nie bał. Nie wiedziałem, co zrobić w takiej sytuacji. Jedyne, co mogłem, to go nie zostawiać. Kolejny, silny dreszcz wstrząsnął jego zmęczonym ciałem. Nakryłem go miękką, białą kołdrą. Otworzył oczy i spojrzał na mnie z niepokojem.
- Zostaniesz przy mnie? Chcę mi się spać…
- Zostanę. Śpij, spróbuj nie myśleć o tym wszystkim. – odpowiedziałem, gasząc światło. Wróciłem do łóżka i długo wpatrywałem się w zamknięte powieki Nialla. Czułem, jak przez sen ściska moją dłoń. Spał spokojnie. Wkrótce i ja zasnąłem, ale nie był to spokojny sen. Czułem, jak powietrze gęste jest od czającego się wszędzie strachu.
Rano, kiedy wstawałem, Niall jeszcze spał. Ja musiałem iść na egzamin z ekonomii. Nienawidziłem tego przedmiotu, ale bez niego nie zaliczyłbym semestru. Ostatni rok studiów ciągnął się w nieskończoność. Wsiadając do samochodu, czułem że nie zaliczę. Przez ostatni tydzień w ogóle nie tknąłem książek, zbyt zajęty Niallem i jego snami. Strach o tego chłopaka nie pozwalał mi skupić się na nauce. Dojechałem pod wydział. Kilkanaście minut później rozpoczął się egzamin. Otworzyłem swój arkusz, ale nie docierało do mnie absolutnie nic. Byłem zbyt zmęczony. Pytania były dla mnie pozbawione jakiegokolwiek sensu. Nie rozumiałem ich. Oparłem głowę o złożone przed sobą dłonie i zamknąłem oczy. Natychmiast pojawiła mi się w myślach wizja mojego blondyna w zimnym, metalicznym pokoju z kołyszącą się lampą i człowieka, który przykładał mu nóż do gardła. Gwałtownie podniosłem głowę i wtedy zorientowałem się, że w kieszeni wibruje mi telefon. Rozejrzałem się. Egzaminator pochylał się nad plikiem dokumentów, więc powoli wyciągnąłem urządzenie z kieszeni. Ekranik informował mnie o nowej wiadomości. Stuknąłem palcem w telefon.
„Pomóż mi. Ja chyba umrę…”
Wiadomość była od Nialla. Sprzed kilkunastu sekund. Normalnie potraktowałbym to jako głupi żart i niezbyt się tym przejął. Ale w obecnej sytuacji potraktowałem to jako alarm. Automatycznie podniosłem rękę do góry. Po chwili już wybiegałem z sali, pędząc do samochodu. Wetknąłem kluczyk w stacyjkę i po dwóch kwadransach dotarłem do mieszkania. Wbiegłem po schodach i z obłędem w oczach wpadłem do sypialni. Była pusta, podobnie jak salon i kuchnia. Spojrzałem na drzwi do łazienki z niepokojem. Powoli ruszyłem w ich stronę. A kiedy je otworzyłem, poczułem jak uginają się pode mną kolana. To, co zobaczyłem, pozbawiło mnie oddechu i zdolności trzeźwego myślenia. Rzuciłem się naprzód, prosto na zakrwawionego chłopaka. Nadepnąłem na coś, co chrupnęło pod moją nogą. Spojrzałem w dół na duże kawałki szkła. Nad umywalką wisiały szczątki lustra. Krew spływała po bladych przedramionach Nialla, skupiając się w zagłębieniach zaciśniętych dłoni. Złapałem ręcznik i delikatnie przetarłem krew. Natychmiast pojawiła się znowu. Podłoga była czerwona, bo krew mieszała się z wodą płynącą z odkręconego kranu nad wanną.
- Ej, co ty mi tu odwalasz?! Niall, obudź się! Co ty zrobiłeś? – krzyczałem w panice. Uciskałem ręcznikiem porozdzierane przedramiona chłopaka, próbując go obudzić.
Chłopak lekko poruszył głową, ale nie otworzył oczu. Opanowałem panikę i przysunąłem głowę do bladej twarzy Nialla. Oddychał, a więc nie wszystko jeszcze stracone. Brakowało mi jeszcze jednej ręki, żeby zadzwonić po karetkę. W końcu zdecydowałem i przyciskając kolanem ręcznik do poranionej ręki blondyna, wezwałem pomoc. Pogotowie przyjechało po pięciu minutach. Wysoki sanitariusz przegonił mnie z łazienki. Krążyłem więc po korytarzu, widząc tylko plecy ratowników medycznych, którzy szeptali coś pod nosem i ratowali chłopaka, który próbował podciąć sobie żyły. Wkrótce jeden z nich wyszedł i stanowczo chwycił mnie pod rękę i wyprowadził do salonu. Wpatrywałem się w niego nieprzytomnym wzrokiem, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało.
- Wyjdzie z tego. Ciął w poprzek. Gdyby ciął wzdłuż, nie bylibyśmy w stanie nic zrobić. Stracił niewiele krwi, na szczęście.
- Jak to? Przecież tam wszystko jest czerwone! – powiedziałem rozpaczliwie.
- To przez wodę. Wymieszała się z krwią, więc wydawało się panu że jest jej tak dużo.
- Zabieracie go do szpitala?
- Tak. Chce pan coś na uspokojenie?
- Nie! – zaprotestowałem, potrząsając głową.
- Dobrze, w takim razie pojedzie pan z nami. Trzeba będzie założyć szwy, ale potem będzie pan mógł zabrać kolegę do domu. Natomiast proponowałbym rozmowę z psychiatrą… Próby samobójcze najczęściej nie kończą się na jednym razie.
Poczułem, jak podnosi mi się ciśnienie. Niall nie jest samobójcą, do cholery. I nie jest chory psychicznie, nie potrzebny mu żaden lekarz. Poradzimy sobie z tym sami.
- Dobrze dobrze! – pokiwałem głową – Ale już jedźmy.

Uruchomiłem silnik i pojechałem za karetką, trzymając się prawie jej tylniego zderzaka. Pod szpitalem prawie wypadłem z samochodu, bo zaplątałem się w pasy bezpieczeństwa i straciłem równowagę. Siedzący w oknie starszy człowiek uśmiechnął się do mnie szeroko. Pomyślałem że się ze mnie nabija i puściłem mu pod nosem soczystą wiązankę niezbyt cenzuralnych słów. Z kieszeni wyciągnąłem pogniecioną paczkę papierosów i zapaliłem jedynego, który nie był połamany. Resztę wyrzuciłem do pojemnika na śmieci. Zaciągnąłem się dymem, prawie czując jak wypełnia każdy milimetr moich płuc. Nikotyna rozeszła się po moim organizmie jak fala środka uspokajającego. Teraz, kiedy wiedziałem że Niall żyje i nic mu już nie grozi, będzie mógł wrócić do domu. Koszmar minął. Ale jednocześnie poczułem jak ogarnia mnie nagła złość. Co mu do głowy strzeliło? Czego mu brakowało? Czy to moja wina? Czy on w ogóle o mnie pomyślał?! W mojej głowie pojawiły się setki pytań bez odpowiedzi. Kolejny zastrzyk nikotyny sprawił, że pytania nagle zniknęły, a na ich miejscu pojawiła się przygnębiająca pustka. A co, gdybym nie zdążył przyjechać? Gdyby Niall wykrwawił się na śmierć? Gdybym nie zdążył wezwać karetki, przecież byłby już martwy, prawda? Kolejne pytania, zaraz po nich kolejne i następne. Czułem się jak wielki, czarny znak zapytania. Nie potrafiłem rozsądnie myśleć, zbyt przejęty całą sytuacją. Wyrzuciłem resztkę papierosa do studzienki kanalizacyjnej i wszedłem do budynku szpitala. Szpitale zawsze przyprawiały mnie o mieszaninę negatywnych uczuć. To miejsca, w których ludzie rodzą się i umierają. W których rozgrywają się ludzkie tragedie. W których ważą się losy poszczególnych ludzi. Panowała tutaj atmosfera śmierci. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego kojarzą mi się głównie z umieraniem. Przecież w znacznie większej części ludzi się tutaj ratuje. Ale widmo śmierci zawisło nad szpitalem w moich oczach i nie potrafiłem się go pozbyć. Prawie wyczuwałem tutaj zapach śmierci. Przeplatał się z mocnym zapachem środków czystości i krochmalu, którym przesiąknięte były korytarze. Puste hole, ciągnące się w nieskończoność tylko potęgowały wrażenie, że wszedłem do wielkiego grobu. Odbijające się echem kroki, dźwięki syren karetek pogotowia, wszechobecna, elektryczna biel. To wszystko sprawiało, że czułem się tutaj co najmniej nieswojo. Usiadłem na brzegu białej, plastikowej ławki i wlepiłem wzrok w drzwi z napisem „GABINET ZABIEGOWY”. Tam był Niall, zszywali mu porozcinane ręce. Mijały minuty, chwila za chwilą, a jego wciąż nie było. Czy on w ogóle odzyskał przytomność? Próbowałem czytać wiszące na ścianach plakaty. Nie potrafiłem się na nich skupić, bo każdy trzask zamykanych drzwi czy odległe kroki działały na mnie jak sygnał alarmowy. Kilka razy podrywałem się z miejsca, kiedy ktoś obok mnie przechodził. Wszystko to na darmo.
Po pół godzinie, która trwała według mnie całe wieki, drzwi do gabinetu zabiegowego otworzyły się i pojawiła się w nich rumiana twarz lekarki. Rozejrzała się po korytarzu, a kiedy zobaczyła jak idę w jej stronę, uśmiechnęła się i wpuściła mnie do środka. Wszedłem, nawet nie mówiąc „dzień dobry”.
Niall leżał na obitej zielonym materiałem kozetce, wciąż blady jak ściana. Ale oczy miał otwarte, co odczytałem jako bardzo dobry znak. Podszedłem powoli, patrząc jak przenosi wzrok z sufitu na mnie. Pokręciłem głową z niezadowoleniem.
- Coś ty najlepszego narobił…? Po co? Zgłupiałeś?
Nie odpowiedział. Odwrócił tylko wzrok, unikając mojego spojrzenia. Czułem, że mimo że żyje, coś jest nie w porządku. Coś go gryzło. Domyślałem się, że nie próbował poderżnąć sobie żył przypadkiem. Że coś o tym zadecydowało, coś co zagnało go w ślepy zaułek, z którego uciec mógł tylko poprzez odebranie sobie życia. Ostateczne rozwiązanie. Ale nie potrafiłem odgadnąć w tej chwili, co to mogło być. Zresztą, po chwili przestało mieć to dla mnie większe znaczenie. Cieszyłem się, że Niall żyje. Że jest przytomny. Mój wzrok powędrował na jego przedramiona, które zabandażowane były od nadgarstków aż po łokcie. Na podłodze dostrzegłem kilka rozpryśniętych kropel krwi a na stoliku, przy którym krzątała się pielęgniarka, drobiny szkła, zakrwawione waciki i mnóstwo splątanej nici chirurgicznej. Wyglądało to groźnie, zwłaszcza że czerwień krwi odcinała się na tle białych bandaży. Pielęgniarka jednym ruchem zgarnęła wszystko do pojemnika na odpady medyczne i zniknęła za drzwiami. Usiadłem na brzegu kozetki i położyłem dłoń na kolanie Nialla.
- Mały, co ty wymyśliłeś? Dlaczego? Nawet sobie nie wyobrażasz jak się bałem…
Niall powoli spojrzał na mnie. Widać było, że wciąż jest bardzo słaby.
- Strach popycha nas do różnych sytuacji. Ja już sobie nie potrafię z tym poradzić. Sam widzisz, jak to się skończyło. Nikt nie potrafi mi pomóc, skoro nawet ja sobie z tym nie radzę.
Nagle poczułem się tak, jakby Niall mówił o mnie. Powiedział, że nikt nie potrafi mu pomóc. Poczułem wyrzuty sumienia, że mu nie pomogłem. Że nie potrafiłem nic zrobić. Czyli to moja wina? To ja go tutaj zagnałem? To przeze mnie próbował odebrać sobie życie? Spuściłem wzrok.
- Przepraszam. Ale nie musiałeś tego robić. Pomyślałeś o mnie? Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało…
- Wiesz, pomyślałem. Do ostatniej chwili, kiedy byłem świadomy, myślałem o tobie. I o tym, jak bardzo będzie mi ciebie brakowało. Ale wiedziałem też, że w końcu byś to zrozumiał. I w sumie, tak byłoby lepiej dla ciebie.
- Lepiej dla mnie? Oszalałeś? Co to ma znaczyć?
Niall uśmiechnął się blado.
- Nie musiałbyś tego znosić. Wysłuchiwać moich bzdur…
- Jesteś głupi – przerwałem mu – Kocham cię. I czy ci się to podoba, czy nie, zawsze będę przy tobie. I zawsze cię wysłucham, dzieciaku. Nie mów tak nigdy więcej.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się pielęgniarka, która wyrzuciła mnie z pokoju, twierdząc że musi podać chłopakowi jakieś leki przyspieszające produkcję czerwonych krwinek. Dla mnie brzmiało to jak czarna magia. Mruknąłem pod nosem, że czekam w samochodzie i wyszedłem na zewnątrz. Wsiadłem do mojej czarnej hondy i zacząłem grzebać w schowkach, szukając papierosów. Często w dymie nikotynowym odnajdywałem chwilowy spokój. Chwilowe ukojenie, przerwę od codzienności. Kilka minut samotności. Czas zwalniał, a ja spokojnie mogłem oglądać szare smugi w powietrzu. Wyszarpnąłem zmaltretowaną paczkę spod pliku papierów, które zalegały w schowku przed pasażerem. Wszystko wypadło na podłogę. Zakląłem pod nosem, przewieszając się przez środkową konsolę i próbując zebrać wszystko, co wypadło. Poczułem, jak w żebra wbija mi się dźwignia skrzyni biegów. Skrzywiłem się, łapiąc kilka luźnych kartek, rozsypanych pod fotelem. Spomiędzy nich wysunęło się zdjęcie, które zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Uśmiechnięta twarz Amelii spoglądała na mnie radośnie na tle wielkiego szyldu szkoły jeździeckiej. Gdzieś w tle biegł Harry, a ja wisiałem w prawym rogu, przewieszony przez drewniane ogrodzenie z surowych belek. Pamiętałem dokładnie, kiedy to zdjęcie powstało. Dwa lata temu, podczas jej najważniejszych zawodów konnych. Była faworytką. Zdjęcie zrobiliśmy kilkanaście minut przed jej startem. Była faworytką. Przez półtora roku trenowała prawie codziennie. Na treningach dawała z siebie wszystko, a Siguelo, jej wierny wierzchowiec, jakby rozumiał jak to jest dla niej ważne. I wykazywał się niesamowitą formą. Kilkadziesiąt sekund po starcie, na trzeciej przeszkodzie, koń potknął się i złamał nogę. To był koniec jego kariery. A Amelia przez najbliższe tygodnie nie mogła pozbierać się po stracie narowistego przyjaciela.
Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielkim idiotyzmem wykazałem się w ciągu ostatnich tygodni. Dlaczego nie zwróciłem się o pomoc właśnie do niej? Do Amelii? Ona jak nikt inny potrafiła wysłuchiwać. I wyciągała z tego bardzo trafne wnioski. Wyrżnąłem pięścią w czoło, upychając papiery w schowku i zapalając papierosa. Wygrzebałem telefon z kieszeni i wybierałem już jej numer, kiedy w drzwiach pojawił się lekarz, podtrzymujący chwiejącego się Nialla. Odłożyłem telefon, papierosa wyrzuciłem przez okno i szybko podszedłem do nich. Zamieniłem kilka słów z lekarzem, dowiedziałem się czego mu nie wolno, a co wolno. Kiedy już usadowiliśmy się w samochodzie, spojrzałem na niego wzrokiem pełnym wyrzutów. Teraz będzie musiał mi się wytłumaczyć. Inaczej zagryzę go na śmierć. Straciłem przez niego dość nerwów. I nie miałem zdecydowanie siły na kolejną porcję negatywnych emocji. Nawet na mnie nie spojrzał. Oparł głowę o welurowy zagłówek i półprzymkniętymi oczyma wpatrywał się w parking przed nami, który wydawał się być szary i pozbawiony życia. Słońce odbijało się w czarnej masce samochodu, rzucając na przednią szybę wesołe błyski. Roztopione, śniegowe błoto zalegało przy krawężnikach tak samo, jak w moim sercu zalegał ciągły niepokój i niepewność.
- Powiesz mi, co się stało? Czy mam zgadywać? - spytałem cicho, przyglądając się bladym policzkom Nialla, którym zimowe słońce nadawało jeszcze jaśniejszy odcień.
Spuścił wzrok na swoje zabandażowane przedramiona. Wiedziałem, że ciężko mu jeszcze nimi poruszyć, że wciąż czuje ogromny ból. W końcu kawał szkła w ręku to nie jest coś, do czego można się szybko przyzwyczaić.
- Jedźmy do domu... - odpowiedział jeszcze ciszej. Wiedziałem, że jest zmęczony i słaby. Ale mimo to chciałem usłyszeć, co się wydarzyło w domu.





CDN.