Jak to było do przewidzenia, Amelia
nie odebrała telefonu. Czasami zastanawiałem się, po co jej
właściwie komórka, skoro i tak nigdy nie można się do niej
dodzwonić. Stałem z telefonem przy uchu, opierając się o blat w
kuchni, drugim uchem nasłuchując dźwięków dochodzących z głębi
mieszkania. Dziwne, ale w tym momencie potrafiłem rozdzielić
dźwięki, które wyłapywały moje uszy. Z prawej cisza mieszkania,
z lewej miarowy i niezmienny dźwięk wychodzącego połączenia. Po
czwartym razie się poddałem.
Z głębokiej, sosnowej szuflady pod wielkim lustrem wygrzebałem splątane słuchawki i podłączyłem je do telefonu. Chyba szczęście mi sprzyjało, bo kabel wystarczył, nie musiałem bawić się w rozplątywanie, które zapewne zajęłoby mi całą noc. Zrobiłem herbatę i usadowiłem się na kanapie.
Kiedy rano wstałem, herbata stała na stoliku w niezmienionej postaci, była tylko lodowato zimna. Bateria w telefonie wyczerpała się do zera. Słuchawki niemiłosiernie gniotły mnie w uszy.
Pokój zalany był zimnym, porannym słońcem. Normalny szum wydobywał się zza normalnego okna. Normalne kwiaty rosły wciąż w tych samych, normalnych doniczkach. Normalnie swędziało mnie kolano. Ale coś było nienormalnego. W powietrzu nie wyczułem zapachu kawy. A naprawdę mocno pociągałem nosem, żeby ten zapach zlokalizować.
Zawsze wstawałem jako drugi. I codziennie czekała na mnie wielka, parująca filiżanka świeżej kawy na blacie w kuchni. Dzisiaj jej brakowało.
Niby nic, ale brakująca kawa bardzo mnie zaniepokoiła. Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem do kuchni, potykając się o zbyt długie nogawki moich dresowych spodni. Z hukiem przefrunąłem nad dywanem i odbijając się od szafek, wylądowałem w kuchni. Nie było ani kawy, ani blondyna. Ba, nawet ekspres był wyłączony. Niepokój wzrósł.
Apogeum osiągnął, kiedy wszedłem do pokoju Nialla i go tam nie zastałem. Łóżko, standardowo w nieładzie, tym razem było idealnie pościelone. Na środku leżał biały telefon chłopaka. Usiadłem na gładkiej pościeli i chwyciłem urządzenie. To, że był dokładnie taki sam jak mój wykluczało wszelkie problemy z odblokowaniem. Dopiero kiedy skupiłem się na tapecie, którą Niall musiał ustawić w nocy, dotarło do mnie co na niej jest napisane.
Stuknąłem palcem w ikonkę galerii zdjęć i odszukałem to, co było na pulpicie. Rozsunąłem dwa palce na ekranie, aby powiększyć obraz. Równe pismo chłopaka rozpoznałem od razu.
„Wiedziałem, że zajrzysz do mojego telefonu. Specjalnie go tam zostawiłem. Widzisz, dobrze Cie znam. Tak sądzę. Tylko nie wiem, czy Ty znasz mnie. Nie boisz się tego, co siedzi w mojej głowie? Ja się boję. Bo znam sam siebie. Wychodzi na to, że Ty się nie boisz, czyli mnie nie znasz. I mogę założyć się, że nie wyczułeś rano kawy, prawda? Tak byłeś tym zaabsorbowany, że pewnie nie zwróciłeś uwagi na to, co leży na dużym stole. Mam rację? Zostawiłem tam coś dla Ciebie. Ale zanim pobiegniesz sprawdzić, co to, proszę Cie tylko o to, żebyś nie panikował i zaufał mi znowu, tak jak kiedyś. I nie wydzwaniaj do Amelii, bo i tak nie odbierze...”
No i masz. Siedziałem na tym łóżku z głupią miną Bóg wie ile czasu. Gapiłem się w przestrzeń, ściskając w ręku telefon blondyna i zastanawiając się nie wiadomo nad czym. Dopiero po dłuższym czasie dotarł do mnie sens tej notki.
Niall wiedział dokładnie, co zrobię, kiedy zauważę, że coś jest nie tak jak trzeba. Wiedział, że kiedy tylko napomknie o czymś, co przeoczyłem, natychmiast będę chciał iść tego szukać. Wiedział, że nie zauważę tego, kiedy nie ma kawy. Wiedział, że będę dzwonił do Amelii. Wiedział o mnie prawie wszystko. A ja? Czy ja wiedziałem o nim wszystko? I co, do diabła, siedzi w jego głowie? On już wie. Ja nie wiem. On się tego boi. Ja nie, bo nie wiem, co to jest. Boję się tylko, że coś sobie ubzdurał. Lubił wyolbrzymiać różne rzeczy. Jeśli tym razem też tak jest? Że jakaś błahostka urosła w jego oczach do rozmiarów Jumbo Jeta? Zdenerwowałem się.
Zły na siebie, że siedzę i myślę, zamiast zacząć działać, ruszyłem do pokoju, rozglądając się na boki jak szalony, jakbym czegoś szukał. Niczego nie szukałem, doskonale wiedziałem, dokąd idę i czego mam się spodziewać. Mimo to...
Prawie przywaliłem głową w ścianę, kiedy na dużym stole w kuchni zauważyłem wielką płachtę papieru. Słowo daję, chyba nawet Australia jest mniejsza niż ta kartka. Zgarnąłem z ławy wczorajszą herbatę i złapałem list w ręce.
„Znalazłeś, prawda? Widzisz, mówiłem Ci, że przeoczysz. Wiem też, że jesteś zły na siebie i prawdopodobnie pijesz wczorajszą herbatę...”
Spojrzałem ze zdziwieniem najpierw na kartkę, potem na herbatę. Skąd on to wie? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, bo nagle poczułem się dziwnie niepewny i obserwowany. Mimowolnie zerknąłem w okno. Pokręciłem głową z dezaprobatą i wróciłem do lektury listu.
„... i wiem, że zastanawiasz się, skąd ja to wiem. Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam. Znamy się przecież ponad trzy lata. Zdążyłem przez ten czas nauczyć się Twoich zwyczajów, upodobań i zboczeń. Jak na przykład tego, że czytając cokolwiek, drapiesz się po głowie. Tego, że prowadząc auto, zawsze swędzi Cie wierzch dłoni. I wielu, wielu innych rzeczy...”
Zastanowiłem się. Faktycznie, drapałem się właśnie w skroń. A co do swędzącej dłoni za kierownicą – to też nie mijało się z prawdą...
„... które stały się Twoją codziennością i nawet ich nie zauważasz. Ja je widziałem. Ale czy Ty widziałeś te rzeczy u mnie? Nie jestem pewien.
Wiedziałeś zawsze, kiedy się czegoś bałem lub denerwowałem się z jakiegoś powodu. Ale dlaczego? Bo zawsze Ci o tym mówiłem. Za każdym razem musiałem Ci o tym powiedzieć, bo sam nigdy byś się nie domyślił. Przyznaj mi racje. Tak było, nie zaprzeczysz.
Kiedy ostatnio budziłem się w nocy, zawsze byłeś przy mnie. Ale byłeś, bo chciałeś, czy byłeś, bo musiałeś? Nie było czasami tak, że pilnowałeś mnie, bo wiedziałeś, że wtedy w miarę spokojnie śpię? Bo chciałeś odpocząć? Ja wiem, że to brzmi, jakbym miał do Ciebie pretensje. W pewnym sensie mam. Ale nie takie, jakie mam do siebie.
Ale... W sumie sam nie wiem, jak to powiedzieć. Spójrz, ostatnio wyszedłeś na egzamin. To wystarczyło, żebym próbował się zabić. Jak to się skończyło? Zawaliłeś rok przeze mnie, to moja wina. Prawda? Wiem, na pewno nie raz, nie dwa tak myślałeś. Że gdyby nie ja, to miałbyś dyplom w ręku. Byłbyś szczęśliwym absolwentem wyższej uczelni i miałbyś otwarte drzwi na wielki świat. A nie masz. Bo ktoś, kogo chyba kochałeś, postanowił się zabić. Nie dziwię się, jeśli mnie za to obwiniasz...”
Pomyślałem, że to skończone bzdury i największa głupota świata.
„... i w sumie masz rację. Chyba trochę pieprzę od rzeczy, nie sądzisz? No cóż, chyba mam racje, to się w ogóle nie trzyma kupy. Więc pozwól, że przejdę do sedna sprawy.
Jak już zdążyłeś zauważyć, zniknąłem. Nie bez powodu prosiłem, żebyś nie wydzwaniał do Amelii. Chodzi mi o to, żebyś mnie nie szukał. Myślę, że to, że odszedłem, dobrze Ci zrobi. Miałeś przeze mnie same problemy. Dostawałeś ode mnie samo zło. Nie jestem Ci potrzebny, tylko Ci przeszkadzam. Co do moich poderżniętych żył... Było tak dlatego, że nie byłeś przy mnie. Myślałem że zwariuję. Ale spokojnie – na razie nie mam zamiaru sobie nic zrobić, przynajmniej dopóki, dopóty jestem świadomy tego co robię. To taka... hmmm... kuracja odwykowa. Może wytrzymam, może nie, kto to może wiedzieć. Ale powtarzam jeszcze raz. Dasz sobie radę beze mnie. Amelia nic Ci nie powie, rozmawiałem z nią w nocy, obiecała mi pomóc. Więc nie licz na to, że cokolwiek od niej wyciągniesz, nawet jeśli w końcu odbierze telefon.
Nie mówię, że to koniec. Może kiedyś los sprawi, że jeszcze się zobaczymy, chociaż nie chciałbym tego. Liczę na to, że wraz z upływem czasu zaczniesz o mnie zapominać. Znajdziesz sobie kogoś na moje miejsce. Że zaczniesz żyć tak, jak chcesz. Nie podporządkowując się moim kretyńskim zachowaniom.
Każdą moją rzecz, jaką jeszcze znajdziesz w domu, możesz śmiało komuś oddać albo wyrzucić. Nie potrzebne mi już nic, a to, co zabrałem, wystarczy mi w zupełności. Jeśli przyjdzie Ci do głowy mimo wszystko mnie szukać – nie znajdziesz mnie, bo ja sam nie wiem, gdzie się udam. Będę szedł tak długo, aż dojdę do tego, co i tak mnie czeka. Wiesz chyba, o czym mówię, prawda?
Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś... Na zawsze Twój. Chociaż, może lepiej nie...”
Z głębokiej, sosnowej szuflady pod wielkim lustrem wygrzebałem splątane słuchawki i podłączyłem je do telefonu. Chyba szczęście mi sprzyjało, bo kabel wystarczył, nie musiałem bawić się w rozplątywanie, które zapewne zajęłoby mi całą noc. Zrobiłem herbatę i usadowiłem się na kanapie.
Kiedy rano wstałem, herbata stała na stoliku w niezmienionej postaci, była tylko lodowato zimna. Bateria w telefonie wyczerpała się do zera. Słuchawki niemiłosiernie gniotły mnie w uszy.
Pokój zalany był zimnym, porannym słońcem. Normalny szum wydobywał się zza normalnego okna. Normalne kwiaty rosły wciąż w tych samych, normalnych doniczkach. Normalnie swędziało mnie kolano. Ale coś było nienormalnego. W powietrzu nie wyczułem zapachu kawy. A naprawdę mocno pociągałem nosem, żeby ten zapach zlokalizować.
Zawsze wstawałem jako drugi. I codziennie czekała na mnie wielka, parująca filiżanka świeżej kawy na blacie w kuchni. Dzisiaj jej brakowało.
Niby nic, ale brakująca kawa bardzo mnie zaniepokoiła. Zerwałem się na równe nogi i pobiegłem do kuchni, potykając się o zbyt długie nogawki moich dresowych spodni. Z hukiem przefrunąłem nad dywanem i odbijając się od szafek, wylądowałem w kuchni. Nie było ani kawy, ani blondyna. Ba, nawet ekspres był wyłączony. Niepokój wzrósł.
Apogeum osiągnął, kiedy wszedłem do pokoju Nialla i go tam nie zastałem. Łóżko, standardowo w nieładzie, tym razem było idealnie pościelone. Na środku leżał biały telefon chłopaka. Usiadłem na gładkiej pościeli i chwyciłem urządzenie. To, że był dokładnie taki sam jak mój wykluczało wszelkie problemy z odblokowaniem. Dopiero kiedy skupiłem się na tapecie, którą Niall musiał ustawić w nocy, dotarło do mnie co na niej jest napisane.
Stuknąłem palcem w ikonkę galerii zdjęć i odszukałem to, co było na pulpicie. Rozsunąłem dwa palce na ekranie, aby powiększyć obraz. Równe pismo chłopaka rozpoznałem od razu.
„Wiedziałem, że zajrzysz do mojego telefonu. Specjalnie go tam zostawiłem. Widzisz, dobrze Cie znam. Tak sądzę. Tylko nie wiem, czy Ty znasz mnie. Nie boisz się tego, co siedzi w mojej głowie? Ja się boję. Bo znam sam siebie. Wychodzi na to, że Ty się nie boisz, czyli mnie nie znasz. I mogę założyć się, że nie wyczułeś rano kawy, prawda? Tak byłeś tym zaabsorbowany, że pewnie nie zwróciłeś uwagi na to, co leży na dużym stole. Mam rację? Zostawiłem tam coś dla Ciebie. Ale zanim pobiegniesz sprawdzić, co to, proszę Cie tylko o to, żebyś nie panikował i zaufał mi znowu, tak jak kiedyś. I nie wydzwaniaj do Amelii, bo i tak nie odbierze...”
No i masz. Siedziałem na tym łóżku z głupią miną Bóg wie ile czasu. Gapiłem się w przestrzeń, ściskając w ręku telefon blondyna i zastanawiając się nie wiadomo nad czym. Dopiero po dłuższym czasie dotarł do mnie sens tej notki.
Niall wiedział dokładnie, co zrobię, kiedy zauważę, że coś jest nie tak jak trzeba. Wiedział, że kiedy tylko napomknie o czymś, co przeoczyłem, natychmiast będę chciał iść tego szukać. Wiedział, że nie zauważę tego, kiedy nie ma kawy. Wiedział, że będę dzwonił do Amelii. Wiedział o mnie prawie wszystko. A ja? Czy ja wiedziałem o nim wszystko? I co, do diabła, siedzi w jego głowie? On już wie. Ja nie wiem. On się tego boi. Ja nie, bo nie wiem, co to jest. Boję się tylko, że coś sobie ubzdurał. Lubił wyolbrzymiać różne rzeczy. Jeśli tym razem też tak jest? Że jakaś błahostka urosła w jego oczach do rozmiarów Jumbo Jeta? Zdenerwowałem się.
Zły na siebie, że siedzę i myślę, zamiast zacząć działać, ruszyłem do pokoju, rozglądając się na boki jak szalony, jakbym czegoś szukał. Niczego nie szukałem, doskonale wiedziałem, dokąd idę i czego mam się spodziewać. Mimo to...
Prawie przywaliłem głową w ścianę, kiedy na dużym stole w kuchni zauważyłem wielką płachtę papieru. Słowo daję, chyba nawet Australia jest mniejsza niż ta kartka. Zgarnąłem z ławy wczorajszą herbatę i złapałem list w ręce.
„Znalazłeś, prawda? Widzisz, mówiłem Ci, że przeoczysz. Wiem też, że jesteś zły na siebie i prawdopodobnie pijesz wczorajszą herbatę...”
Spojrzałem ze zdziwieniem najpierw na kartkę, potem na herbatę. Skąd on to wie? Zimny dreszcz przebiegł mi po plecach, bo nagle poczułem się dziwnie niepewny i obserwowany. Mimowolnie zerknąłem w okno. Pokręciłem głową z dezaprobatą i wróciłem do lektury listu.
„... i wiem, że zastanawiasz się, skąd ja to wiem. Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam. Znamy się przecież ponad trzy lata. Zdążyłem przez ten czas nauczyć się Twoich zwyczajów, upodobań i zboczeń. Jak na przykład tego, że czytając cokolwiek, drapiesz się po głowie. Tego, że prowadząc auto, zawsze swędzi Cie wierzch dłoni. I wielu, wielu innych rzeczy...”
Zastanowiłem się. Faktycznie, drapałem się właśnie w skroń. A co do swędzącej dłoni za kierownicą – to też nie mijało się z prawdą...
„... które stały się Twoją codziennością i nawet ich nie zauważasz. Ja je widziałem. Ale czy Ty widziałeś te rzeczy u mnie? Nie jestem pewien.
Wiedziałeś zawsze, kiedy się czegoś bałem lub denerwowałem się z jakiegoś powodu. Ale dlaczego? Bo zawsze Ci o tym mówiłem. Za każdym razem musiałem Ci o tym powiedzieć, bo sam nigdy byś się nie domyślił. Przyznaj mi racje. Tak było, nie zaprzeczysz.
Kiedy ostatnio budziłem się w nocy, zawsze byłeś przy mnie. Ale byłeś, bo chciałeś, czy byłeś, bo musiałeś? Nie było czasami tak, że pilnowałeś mnie, bo wiedziałeś, że wtedy w miarę spokojnie śpię? Bo chciałeś odpocząć? Ja wiem, że to brzmi, jakbym miał do Ciebie pretensje. W pewnym sensie mam. Ale nie takie, jakie mam do siebie.
Ale... W sumie sam nie wiem, jak to powiedzieć. Spójrz, ostatnio wyszedłeś na egzamin. To wystarczyło, żebym próbował się zabić. Jak to się skończyło? Zawaliłeś rok przeze mnie, to moja wina. Prawda? Wiem, na pewno nie raz, nie dwa tak myślałeś. Że gdyby nie ja, to miałbyś dyplom w ręku. Byłbyś szczęśliwym absolwentem wyższej uczelni i miałbyś otwarte drzwi na wielki świat. A nie masz. Bo ktoś, kogo chyba kochałeś, postanowił się zabić. Nie dziwię się, jeśli mnie za to obwiniasz...”
Pomyślałem, że to skończone bzdury i największa głupota świata.
„... i w sumie masz rację. Chyba trochę pieprzę od rzeczy, nie sądzisz? No cóż, chyba mam racje, to się w ogóle nie trzyma kupy. Więc pozwól, że przejdę do sedna sprawy.
Jak już zdążyłeś zauważyć, zniknąłem. Nie bez powodu prosiłem, żebyś nie wydzwaniał do Amelii. Chodzi mi o to, żebyś mnie nie szukał. Myślę, że to, że odszedłem, dobrze Ci zrobi. Miałeś przeze mnie same problemy. Dostawałeś ode mnie samo zło. Nie jestem Ci potrzebny, tylko Ci przeszkadzam. Co do moich poderżniętych żył... Było tak dlatego, że nie byłeś przy mnie. Myślałem że zwariuję. Ale spokojnie – na razie nie mam zamiaru sobie nic zrobić, przynajmniej dopóki, dopóty jestem świadomy tego co robię. To taka... hmmm... kuracja odwykowa. Może wytrzymam, może nie, kto to może wiedzieć. Ale powtarzam jeszcze raz. Dasz sobie radę beze mnie. Amelia nic Ci nie powie, rozmawiałem z nią w nocy, obiecała mi pomóc. Więc nie licz na to, że cokolwiek od niej wyciągniesz, nawet jeśli w końcu odbierze telefon.
Nie mówię, że to koniec. Może kiedyś los sprawi, że jeszcze się zobaczymy, chociaż nie chciałbym tego. Liczę na to, że wraz z upływem czasu zaczniesz o mnie zapominać. Znajdziesz sobie kogoś na moje miejsce. Że zaczniesz żyć tak, jak chcesz. Nie podporządkowując się moim kretyńskim zachowaniom.
Każdą moją rzecz, jaką jeszcze znajdziesz w domu, możesz śmiało komuś oddać albo wyrzucić. Nie potrzebne mi już nic, a to, co zabrałem, wystarczy mi w zupełności. Jeśli przyjdzie Ci do głowy mimo wszystko mnie szukać – nie znajdziesz mnie, bo ja sam nie wiem, gdzie się udam. Będę szedł tak długo, aż dojdę do tego, co i tak mnie czeka. Wiesz chyba, o czym mówię, prawda?
Dziękuję Ci za wszystko, co dla mnie zrobiłeś... Na zawsze Twój. Chociaż, może lepiej nie...”
Musiałem przeczytać to kilka razy, bo absolutnie nic nie potrafiłem z tego zrozumieć. Nie wiedziałem, co chciał powiedzieć przez ten list. Wzbudzić we mnie wyrzuty sumienia, że nie podchodziłem do niego we właściwy sposób? Usprawiedliwić siebie czy mnie? Zrobić sobie tło dla swojego odejścia? Nie rozumiałem nic. I w jaki sposób zdołał przekabacić Amelię?! Przecież ta dziewczyna była uparta jak osioł, rzadko zdarzało się, żeby na cokolwiek ją namówić. No ale cóż, Niall miał swój urok i potrafił go doskonale wykorzystać.
* * *
Czwartego dnia od momentu, w którym zostałem w domu sam, wciąż nie wiedziałem nic. Nikt nic nie widział, nie słyszał. Nikt nie był w stanie domyśleć się, gdzie mógł zniknąć Niall. Postawiłem na nogi wszystkich moich znajomych, naszych wspólnych przyjaciół. Zawiadomiłem policję. Nic. Chłopak przepadł jak kamień w wodę.
Wisiałem akurat na telefonie, kiedy ktoś zadzwonił do moich drzwi. Rzuciłem telefon w kąt i podbiegłem do wejścia. Otworzyłem ciężkie, wejściowe drzwi, żeby stanąć twarzą w twarz z jakimś wysokim, starszym mężczyzną z zatroskanym wyrazem twarzy. Wyglądał mimo to strasznie poważnie.
- Tak...?
- Witam, nazywam się Richard Barrows z londyńskiej policji. Mogę wejść?
- A ja mogę zobaczyć pańską legitymację? - wypaliłem głupio.
Facet tylko westchnął, pogrzebał w kieszeni przez chwilę i podetknął mi pod nos legitymację oprawioną w elegancki, skórzany pokrowiec. Upewniwszy się, że wiem z kim mam do czynienia, odsunąłem się i wpuściłem faceta do wnętrza.
Zaproponowałem coś do picia, facet poprosił o czarną kawę z brązowym cukrem. Też wymyślił! Krzątając się po kuchni w poszukiwaniu składników, postanowiłem zacząć rozmowę, bo czekanie na to, aż on odezwie się pierwszy, zaczynało mnie denerwować.
- Czy coś wiadomo? - zapytałem z wnętrza szafki, w którym teoretycznie powinien być cukier. Teoretycznie, bo w tej kuchni wciąż wszystko zmieniało miejsce.
- Właśnie w tej sprawie przychodzę.
- Domyślam się! - odparłem niezbyt grzecznie.
Wyłowiłem cukier, wsypałem do cukiernicy i razem z kawą zaniosłem Barrows'owi, który usadowił się przy stoliku w salonie. Usiadłem naprzeciwko i splotłem palce na blacie.
- Otóż. Zgłosił pan zaginięcie przyjaciela, tak?
- Tak...
- Na pewno przyjaciela?
Zdenerwowałem się okropnie.
- A co to ma za znaczenie?!
- Dość duże, jeśli mamy pomóc... - ton Barrows'a był wyjątkowo spokojny.
- No dobrze, dobrze. Co pan chce wiedzieć? Tylko bez żadnego nagrywania. Mówię to panu tylko dlatego, że chcę znaleźć Nialla, nic więcej. Możemy się tak umówić? Inaczej podziękuję i sam się tym zajmę. - chciałem udawać twardziela, więc zakończyłem dość bojowniczo.
- Dobrze. Ale tylko ten jeden raz. Jeśli będzie potrzebne kolejne przesłuchanie, musimy to nagrywać. Takie są przepisy. Rozumiemy się?
- Tak. No to co mam mówić?
- Najlepiej wszystko od początku...
Westchnąłem ciężko, usiadłem wygodniej na krześle i wbiłem spojrzenie w stół.
- No cóż. Wszystko zaczęło się jakoś... bo ja wiem? Trzy, trzy i pół roku temu.
- Jak się poznaliście? - wpadł mi w słowo gliniarz, nawet nie dając mi dobrze zacząć.
- Przypadek. Na imprezie, organizował ją – jak się potem okazało – nasz wspólny znajomy. Wie pan, jak to jest na imprezach studenckich. Od drinka do drinka, od słowa do słowa. Ludzie po alkoholu mówią różne rzeczy, nie zawsze uda się wszystko ukryć.
- Lubi pan wypić?
- Słucham? Nie, nie jestem alkoholikiem, jeśli o to chodzi. No, w każdym razie... To był pierwszy raz, kiedy się spotkaliśmy. Potem nagle dotarło do nas, że uczymy się na tej samej uczelni, tylko on dopiero zaczynał pierwszy rok, a ja drugi.
- Drugi? Nie jest pan starszy o dwa lata? - spytał Burrows znad notatek.
- Jestem, ale przed uczelnią miałem rok przerwy, zarabiałem na studia. No i jakoś tak wyszło, że zaczęliśmy na siebie wpadać w przerwach, wychodzić na imprezy, zaprzyjaźniliśmy się... No a potem...
- Potem co?
Zaczynało mnie denerwować to, że ten facet wciąż wpada mi w słowo. Dobrze wiedziałem, co chce usłyszeć, już ja znam takich bajerantów!
- No przecież pan wie, co chce usłyszeć. Więc tak, zaczęliśmy się spotykać na trochę innym gruncie, niż na zwykłym przyjacielskim. Po roku moi rodzice kupili mi to mieszkanie, w którym teraz jesteśmy, Niall się wprowadził i tak sobie mieszkamy. To znaczy, mieszkaliśmy...
- I przez te trzy lata nic nie zwróciło pańskiej uwagi? Dziwne zachowania? Podejrzani znajomi? Skłonność do narkotyków? Alkoholu?
- No wiadomo, tak jak każdy, lubił wypić drinka czy piwo. Ale nigdy z przesadą, może ze dwa razy urwał mu się film. Prochy? Nie, dobrze wiedział, że nigdy tego nie tolerowałem i wciąż nie toleruję, więc z tego co wiem, nigdy nie próbował. Ufam mu, więc wierzę, że tak było. Znajomi? Hmm... Wie pan, już mówiłem, ufałem mu, więc nie wnikałem z kim się spotyka. Nie jestem gliną, żeby wszędzie wpychać nos... Ups, przepraszam... - dodałem na widok uniesionych brwi Burrows'a. Na moje szczęście się uśmiechnął.
- Spokojnie, nie raz to słyszę. Ale na pewno nic nie zwróciło pańskiej uwagi?
- No, skoro już przy tym jesteśmy... Ostatnio bardzo często miał koszmary. Złe sny, budził się, wciąż czegoś się bał. Długo nie potrafił zasnąć, a potem spał jak na igłach. Próbowałem mu jakoś pomóc, ale niestety, nic nie umiałem zrobić. Zresztą, powinien pan to wiedzieć, w końcu dostaliście jego telefon i ten list, który zostawił.
- Ja to wiem, sprawdzam tylko, czy pan nie podłożył dowodów.
- Słucham? Zaraz, chyba nie podejrzewacie, że coś mu zrobiłem?!
- A zrobił pan?
- Nigdy w życiu! Przecież byliśmy razem! Owszem, wkurzał mnie dość często, ale...
Urwałem znowu, bo zauważyłem, że zapędzam się w kozi róg. Muszę zacząć uważać na to, co mówię, bo może się to źle dla mnie skończyć.
- Często się kłóciliście?
- Prawie nigdy... - odparłem – Owszem, zdarzało się, ale trwało to krótko i dobrze się kończyło. W końcu trzy lata to trzy lata, prawda?
- Prawda... No cóż. Niestety, wciąż nikt od nas nie potrafi namierzyć pana Horana. Jeśli coś będziemy wiedzieli, na pewno się odezwiemy. Zostawię panu moją wizytówkę, gdyby cokolwiek przyszło panu do głowy, proszę dzwonić, nawet w nocy. W tym wieku mam problemy ze spaniem.
Burrows pożegnał się i wyszedł z mieszkania, zostawiając mnie z wizytówką i mętlikiem w głowie. Kawa powinna mi pomóc. Pstryknąłem ekspresem...


