Rozdział I.
Zawsze sądziłem, że prawdziwa
miłość nie istnieje. Że to tylko wymysł literatów i filmowców.
Coś na sprzedaż, czekoladowe serduszko na sklepowej półce.
Kolacja we dwoje na paryskiej uliczce ładnie wyglądająca na
pocztówce. Czasami wciąż zastanawiam się, gdzie wtedy był mój
umysł…
Teraz, kiedy siedzę na kanapie i wpatruję się w jasne włosy chłopaka leżącego na moich kolanach wiem, że taka miłość jednak istnieje. Istnieje i ma się dobrze. Moja miłość ma metr siedemdziesiąt dwa wzrostu, jest chuda i ma cudne, niebieskie oczy. Tak głębokie, że można by znaleźć w nich dno Rowu Mariańskiego. Lubi jeść i rzucać we mnie poduszkami. I gryźć mnie w ucho, za każdym razem kiedy odmówię zrobienia jej śniadania.
Jest dziewiąta wieczorem. Przez zasłonięte do połowy zasłony sączy się ciepłe, złociste światło ulicznej latarni. Na jasnej podłodze salonu pojawiają się i znikają ciemne plamki. Śnieg w tym roku pada wyjątkowo obficie. Lubię śnieg. Jest taki idealny. Czysty. Harmonijny. Uspokaja mnie, bo pada w swoim tempie i ma wszystko gdzieś. Żyje własnym życiem, na nikogo nie zwraca uwagi. Jest taki idealny…
W powietrzu daje się wyczuć zapach wanilii i wina. Gdzieś w głębi kominka trzaskają resztki żarzącego się drewna. Z głośników sączy się delikatne brzmienie pianina. Wszystko wokół wytwarza niesamowicie kojącą atmosferę. Świat wydaje się spokojny, ustatkowany. Miarowy oddech śpiącego na moich kolanach blondyna uświadamia mnie w poczuciu, że tak musi wyglądać prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość. Musi pachnieć winem i wanilią. Brzmieć pianinem. Musi być wypełniona żarem kominka i śniegiem. Musi być spokojna i miarowa. Bez wzniesień i upadków. Stała. Musi trwać, tak jak trwa sen chłopaka na moich kolanach. Powinna smakować orzechową herbatą lub czekoladowym cappuccino. Musi mieć wyrazisty, ale bardzo delikatny smak. Ta miłość, właśnie ta moja. Taka była. I nie chciałem by cokolwiek miało ją zmienić. Nigdy bym na to nie pozwolił. I byłem przekonany, że spokojnie drzemiący na moich kolanach Niall zrobiłby to samo. Połączył nas przypadek. Przypadek, który w tej chwili ma już ponad trzy lata. Przez ten czas nauczyłem się, czym jest przywiązanie. Czym jest oddanie i poświęcenie. I czym jest szczęście.
Śpiący chłopak poruszył się niespokojnie, marszcząc zabawnie nos. Pewnie znowu coś mu się śni. Ostatnio często budził mnie w nocy, mówiąc mi o swoich koszmarach. Snach, z którymi nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić. Nie mogliśmy razem. W takich momentach przytulałem go najmocniej jak potrafiłem i zapewniałem, że wszystko jest w porządku. Że to tylko złe sny, głupie koszmary które nic nie znaczą. Ale w jego oczach często odnajdywałem strach i zagubienie. Teraz nie obudził się, ale wiercił się. Wyczuwałem, jak napina się każdy jego mięsień i jak przyspiesza oddech. Położyłem mu ciepłą dłoń na ramieniu, delikatnie przesuwając nią w górę i w dół. Chciałem, żeby wiedział że jestem obok. Żeby nie czuł się samotny. Jego oddech zwolnił, ale wciąż był szybszy niż przed kilkoma momentami. Schyliłem się i delikatnie pocałowałem go w policzek.
- Już dobrze… Jestem. Śpij spokojnie… - wyszeptałem mu do ucha, końcem nosa przesuwając po jasnych włosach. Zaswędział mnie, ale opanowałem kichnięcie, nie chcąc budzić chłopaka. Podrapałem się. Robiło mi się niewygodnie. Za oknem przejechał z hukiem jakiś samochód. Taki hałas obudziłby nawet umarłego, nic dziwnego więc że Niall otworzył szeroko oczy.
- Co się dzieje? – zapytał, siadając gwałtownie i rozglądając się naokoło spłoszonym wzrokiem. Wiedziałem, że po raz kolejny miał złe sny. Dlatego zawsze pilnowałem go, kiedy spał. On o tym nie wiedział. Myślał że też śpię. To była moja trzecia nieprzespana noc, co dawało się powoli po mnie zauważyć. Pod oczami pojawiały mi się sine półokręgi a moja koncentracja była prawie zerowa.
- Nic, spokojnie. Znowu złe sny? – spytałem, rozprostowując kości. Kilka godzin w jednej pozycji sprawiło, że wszystko mnie bolało. Rozciągnąłem się rozkosznie, mierzwiąc włosy dłonią. Niall wciąż oddychał bardzo szybko. Wsunął dłoń pod koszulkę, jakby sprawdzając bicie swojego serca. Wiedziałem, że jest przerażony. I wiedziałem, że i tym razem będę musiał wysłuchać opowieści o tym, co stało się w jego snach. Moja głowa powoli przestawała przyjmować kolejne porcje koszmarów. Była przepełniona. Mówi się, że pełnego naczynia nie da się napełnić. Moje było wypełnione po brzegi. Wylewało się z niego. Chciałem go wysłuchać. Chciałem mu pomóc. Ale po prostu nie mogłem, nie potrafiłem i nie miałem już siły. Nie umiałem już słuchać, mimo że niczego nie pragnąłem bardziej.
- Chyba tak… - wyszeptał, wciąż wyraźnie przestraszony.
Przysunąłem się do niego, chwytając jego dłoń. Spojrzałem prosto w przeraźliwie czyste, niebieskie oczy. Widziałem w nich potężną mieszaninę uczuć, wewnętrzną bitwę. Szamotaninę, niepokój, strach, ból i niezrozumienie.
- Już jest w porządku. To tylko kolejny zły sen, rozumiesz? Wszystko jest dobrze. Jesteś tu, ja tu jestem, mamy siebie… Poradzimy sobie, prawda? To minie.
- Ja się boję. Nie wiem co się dzieje… - powiedział, kładąc głowę na moim ramieniu. Podniosłem rękę i odgarnąłem blond włosy z jego czoła. Poczułem, jak płonie.
- Ej, masz gorączkę… Co się dzieje? Wszystko jest w porządku? Dobrze się czujesz?
Niall przyłożył swoją dłoń do głowy. Dostrzegłem, jak w półmroku pokoju rozszerzają się jego źrenice.
- Boże, boli mnie głowa… Co to ma znaczyć?! – chłopak zaczynał panikować.
Objąłem go ramieniem. Nie potrafiłem nic zrobić. Mogłem tylko być, milczeć i trwać przy nim. Nawet gdybym stanął na rzęsach, nie potrafiłbym nic zrobić.
- Nie wiem. Spróbujmy zasnąć, co? Ale może nie tutaj. Ta kanapa jest za mała dla nas dwóch. Chodź… - powiedziałem, wstając i ciągnąc go za rękę. Nie ruszył się z miejsca.
- Nie, ja się boję. Nie chcę…
- No chodź. Idę z tobą przecież.
Niall nie ruszył się z miejsca. Czułem, jak kurczowo ściska moją rękę. Tej nocy musiało być gorzej. Coś poważnego. Usiadłem znów na kanapie.
Teraz, kiedy siedzę na kanapie i wpatruję się w jasne włosy chłopaka leżącego na moich kolanach wiem, że taka miłość jednak istnieje. Istnieje i ma się dobrze. Moja miłość ma metr siedemdziesiąt dwa wzrostu, jest chuda i ma cudne, niebieskie oczy. Tak głębokie, że można by znaleźć w nich dno Rowu Mariańskiego. Lubi jeść i rzucać we mnie poduszkami. I gryźć mnie w ucho, za każdym razem kiedy odmówię zrobienia jej śniadania.
Jest dziewiąta wieczorem. Przez zasłonięte do połowy zasłony sączy się ciepłe, złociste światło ulicznej latarni. Na jasnej podłodze salonu pojawiają się i znikają ciemne plamki. Śnieg w tym roku pada wyjątkowo obficie. Lubię śnieg. Jest taki idealny. Czysty. Harmonijny. Uspokaja mnie, bo pada w swoim tempie i ma wszystko gdzieś. Żyje własnym życiem, na nikogo nie zwraca uwagi. Jest taki idealny…
W powietrzu daje się wyczuć zapach wanilii i wina. Gdzieś w głębi kominka trzaskają resztki żarzącego się drewna. Z głośników sączy się delikatne brzmienie pianina. Wszystko wokół wytwarza niesamowicie kojącą atmosferę. Świat wydaje się spokojny, ustatkowany. Miarowy oddech śpiącego na moich kolanach blondyna uświadamia mnie w poczuciu, że tak musi wyglądać prawdziwe uczucie, prawdziwa miłość. Musi pachnieć winem i wanilią. Brzmieć pianinem. Musi być wypełniona żarem kominka i śniegiem. Musi być spokojna i miarowa. Bez wzniesień i upadków. Stała. Musi trwać, tak jak trwa sen chłopaka na moich kolanach. Powinna smakować orzechową herbatą lub czekoladowym cappuccino. Musi mieć wyrazisty, ale bardzo delikatny smak. Ta miłość, właśnie ta moja. Taka była. I nie chciałem by cokolwiek miało ją zmienić. Nigdy bym na to nie pozwolił. I byłem przekonany, że spokojnie drzemiący na moich kolanach Niall zrobiłby to samo. Połączył nas przypadek. Przypadek, który w tej chwili ma już ponad trzy lata. Przez ten czas nauczyłem się, czym jest przywiązanie. Czym jest oddanie i poświęcenie. I czym jest szczęście.
Śpiący chłopak poruszył się niespokojnie, marszcząc zabawnie nos. Pewnie znowu coś mu się śni. Ostatnio często budził mnie w nocy, mówiąc mi o swoich koszmarach. Snach, z którymi nie potrafił sobie w żaden sposób poradzić. Nie mogliśmy razem. W takich momentach przytulałem go najmocniej jak potrafiłem i zapewniałem, że wszystko jest w porządku. Że to tylko złe sny, głupie koszmary które nic nie znaczą. Ale w jego oczach często odnajdywałem strach i zagubienie. Teraz nie obudził się, ale wiercił się. Wyczuwałem, jak napina się każdy jego mięsień i jak przyspiesza oddech. Położyłem mu ciepłą dłoń na ramieniu, delikatnie przesuwając nią w górę i w dół. Chciałem, żeby wiedział że jestem obok. Żeby nie czuł się samotny. Jego oddech zwolnił, ale wciąż był szybszy niż przed kilkoma momentami. Schyliłem się i delikatnie pocałowałem go w policzek.
- Już dobrze… Jestem. Śpij spokojnie… - wyszeptałem mu do ucha, końcem nosa przesuwając po jasnych włosach. Zaswędział mnie, ale opanowałem kichnięcie, nie chcąc budzić chłopaka. Podrapałem się. Robiło mi się niewygodnie. Za oknem przejechał z hukiem jakiś samochód. Taki hałas obudziłby nawet umarłego, nic dziwnego więc że Niall otworzył szeroko oczy.
- Co się dzieje? – zapytał, siadając gwałtownie i rozglądając się naokoło spłoszonym wzrokiem. Wiedziałem, że po raz kolejny miał złe sny. Dlatego zawsze pilnowałem go, kiedy spał. On o tym nie wiedział. Myślał że też śpię. To była moja trzecia nieprzespana noc, co dawało się powoli po mnie zauważyć. Pod oczami pojawiały mi się sine półokręgi a moja koncentracja była prawie zerowa.
- Nic, spokojnie. Znowu złe sny? – spytałem, rozprostowując kości. Kilka godzin w jednej pozycji sprawiło, że wszystko mnie bolało. Rozciągnąłem się rozkosznie, mierzwiąc włosy dłonią. Niall wciąż oddychał bardzo szybko. Wsunął dłoń pod koszulkę, jakby sprawdzając bicie swojego serca. Wiedziałem, że jest przerażony. I wiedziałem, że i tym razem będę musiał wysłuchać opowieści o tym, co stało się w jego snach. Moja głowa powoli przestawała przyjmować kolejne porcje koszmarów. Była przepełniona. Mówi się, że pełnego naczynia nie da się napełnić. Moje było wypełnione po brzegi. Wylewało się z niego. Chciałem go wysłuchać. Chciałem mu pomóc. Ale po prostu nie mogłem, nie potrafiłem i nie miałem już siły. Nie umiałem już słuchać, mimo że niczego nie pragnąłem bardziej.
- Chyba tak… - wyszeptał, wciąż wyraźnie przestraszony.
Przysunąłem się do niego, chwytając jego dłoń. Spojrzałem prosto w przeraźliwie czyste, niebieskie oczy. Widziałem w nich potężną mieszaninę uczuć, wewnętrzną bitwę. Szamotaninę, niepokój, strach, ból i niezrozumienie.
- Już jest w porządku. To tylko kolejny zły sen, rozumiesz? Wszystko jest dobrze. Jesteś tu, ja tu jestem, mamy siebie… Poradzimy sobie, prawda? To minie.
- Ja się boję. Nie wiem co się dzieje… - powiedział, kładąc głowę na moim ramieniu. Podniosłem rękę i odgarnąłem blond włosy z jego czoła. Poczułem, jak płonie.
- Ej, masz gorączkę… Co się dzieje? Wszystko jest w porządku? Dobrze się czujesz?
Niall przyłożył swoją dłoń do głowy. Dostrzegłem, jak w półmroku pokoju rozszerzają się jego źrenice.
- Boże, boli mnie głowa… Co to ma znaczyć?! – chłopak zaczynał panikować.
Objąłem go ramieniem. Nie potrafiłem nic zrobić. Mogłem tylko być, milczeć i trwać przy nim. Nawet gdybym stanął na rzęsach, nie potrafiłbym nic zrobić.
- Nie wiem. Spróbujmy zasnąć, co? Ale może nie tutaj. Ta kanapa jest za mała dla nas dwóch. Chodź… - powiedziałem, wstając i ciągnąc go za rękę. Nie ruszył się z miejsca.
- Nie, ja się boję. Nie chcę…
- No chodź. Idę z tobą przecież.
Niall nie ruszył się z miejsca. Czułem, jak kurczowo ściska moją rękę. Tej nocy musiało być gorzej. Coś poważnego. Usiadłem znów na kanapie.
- Posłuchaj mnie. Opowiesz mi wszystko
po kolei, dobrze? Ale nie tutaj. Nie chcę tego słuchać w tym
miejscu, w którym to się działo. A i tobie powinno być łatwiej w
innym miejscu. Dobrze? Proszę cię, Niall. Chodźmy stąd.
Chłopak powoli podniósł się z kanapy, wciąż ściskając moją dłoń. Jego strach był tak wielki, że czułem go przez jego skórę. Wbijał się we mnie cieniutkimi igłami, paraliżował nas obu. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Nigdy do tej pory nie było tak źle. Nigdy lęk nie zawładnął nim tak bardzo, jak dzisiaj. Nie do tego stopnia, żeby bał się ruszyć z miejsca. Ostre kolce strachu wbijały się we mnie coraz głębiej. Bałem się nie tego, czego bał się Niall. Bałem się o niego. O to, że nie poradzi sobie z własnymi słabościami. Że podda się i przestanie walczyć. A wtedy strach opanuje go całego. Bałem się tego, że wtedy nie będzie panował nad sobą i zrobi coś, czego nie będę potrafił sobie wybaczyć do końca życia. A ten koniec nadszedłby bardzo szybko.
Rzuciłem krótkie spojrzenie w szczelinę między ciężkimi, bordowymi zasłonami. Złote światło latarni jakby przygasło, zasłonięte przez coraz większe płatki śniegu. Biała kurtyna odcinała nas od świata zewnętrznego, potęgując uczucie strachu, który zalęgł się w nas jak pasożyt. Niszczył nas od środka. Pożerał. Strach, którego nie potrafiliśmy wytłumaczyć. Idąc przez wyłożony jasnymi panelami korytarz, poczułem się straszliwie zmęczony. Powieki same mi opadały a ból w kręgosłupie nasilał się z każdym krokiem.
„Muszę być silny. Muszę wytrzymać. Muszę mu pomóc.”
Powtarzałem te słowa jak mantrę, a nasze kroki odbijały się echem w przestronnym pomieszczeniu. Pchnąłem drzwi, wsuwając rękę i przesuwając nią w powstałej szczelinie w poszukiwaniu przełącznika światła. Wkrótce dwie duże, ale słabe żarówki zabłysły światłem, oblewając pokój złocistą poświatą. Spojrzałem na chłopaka, który wszedł do pokoju zaraz za mną. Wyglądał naprawdę źle. Podkrążone oczy, których białka poprzecinane były czerwonymi promieniami pękniętych naczynek krwionośnych. Skronie i kark pokrywały drobniutkie kropelki potu. Na jasnym materiale podkoszulki widać było kilka małych plamek. Był blady i słaby. Gorączka trawiła go, było to widać jak na dłoni. Posadziłem go na łóżku i zdjąłem mu mokrą od potu koszulkę. Wyszarpnąłem z szafki biały, puszysty ręcznik do rąk i złożyłem go w kostkę. Namoczywszy go wodą z butelki, która stała obok łóżka, położyłem wilgotny i zimny materiał na rozpalonym czole blondyna. Przymknął oczy, kiedy mokry ręcznik dotknął jego gorącej skóry. Siedziałem obok, przyglądając mu się uważnie. Niall przekręcił się na bok i spojrzał na mnie zmęczonymi oczami. Wiedziałem, że wkrótce rozpocznie się opowieść. Historia, której zaczynałem się bać.
- Boję się tego. To siedzi w mojej głowie. Czy ja jestem chory?
Pokręciłem głową, próbując się uśmiechnąć. Nie wyszło.
- Nie jesteś chory… Masz gorączkę, odpocznij. Rano wszystko mi opowiesz.
- Nie chcę czekać do rana. Nie zasnę, jeśli tego z siebie nie wyrzucę.
Westchnąłem ciężko, ujmując ciepłą dłoń Nialla w ręce. Niemy znak do tego, aby zaczął mówić. Teraz będzie tylko lepiej.
- Znowu zaczęło się tak samo. Duży, szary i zimny pokój. Blacha na ścianach, podłodze, suficie. I ta skrzypiąca, metalowa lampa która wisi nade mną i wiecznie się kołysze. Skrzypiała. Teraz mocniej niż zawsze. Łańcuch chyba miał pęknąć. Trzeszczało. I znowu siedziałem na krześle. Ale tym razem nie mogłem nawet się ruszyć. Czułem jak to wszystko mnie paraliżuje… Jakby jakaś niewidzialna siła przypięła mnie do tego cholernego krzesła. Żarówka zaczynała mrugać, ale klosz wciąż się kołysał. I wtedy… - urwał.
- Co się stało?
- I wtedy ta blacha na ścianach zaczęła się robić pomarańczowa, brudna. Jakby nagle zaczęła rdzewieć…Były takie dziwne, duże plamy. W ścianie przede mną były jakieś drzwi. Metalowe, jak wszystko tam. Tak samo zimne i złe. I spod tych drzwi zaczęła wypływać krew. Otworzyły się, ktoś wszedł, ale nie widziałem kto. Nie mogłem ruszyć głową, widziałem tylko buty. Ciężkie, jakby wojskowe. Ten ktoś do mnie podszedł, trzymał jakiś duży nóż, bo widziałem ostrze… miał zegarek na ręku, na czarnym pasku.
Chłopakiem wstrząsnął nagły dreszcz. Przymknął oczy, opanowując panikę. Wziął głęboki wdech, jakby próbując się uspokoić. Pogłaskałem go po wierzchu dłoni.
- Położył ten nóż na moim ręku… - ciągnął dalej blondyn – Przesuwał nim, ale nie przecinał mi skóry. Chodził wokół mnie, chyba na mnie patrzył. Bałem się… I nagle zniknął. Myślałem że to koniec, ale potem uświadomiłem sobie że stoi za mną. Złapał mnie za szyję, czułem silny uchwyt… I przerażające zimno stali na szyi. Tak jakby przykładał mi ten nóż. Potem wszystko zrobiło się czarne, huknęło i… i potem się obudziłem.
Chłopak powoli podniósł się z kanapy, wciąż ściskając moją dłoń. Jego strach był tak wielki, że czułem go przez jego skórę. Wbijał się we mnie cieniutkimi igłami, paraliżował nas obu. Wiedziałem, że nie jest dobrze. Nigdy do tej pory nie było tak źle. Nigdy lęk nie zawładnął nim tak bardzo, jak dzisiaj. Nie do tego stopnia, żeby bał się ruszyć z miejsca. Ostre kolce strachu wbijały się we mnie coraz głębiej. Bałem się nie tego, czego bał się Niall. Bałem się o niego. O to, że nie poradzi sobie z własnymi słabościami. Że podda się i przestanie walczyć. A wtedy strach opanuje go całego. Bałem się tego, że wtedy nie będzie panował nad sobą i zrobi coś, czego nie będę potrafił sobie wybaczyć do końca życia. A ten koniec nadszedłby bardzo szybko.
Rzuciłem krótkie spojrzenie w szczelinę między ciężkimi, bordowymi zasłonami. Złote światło latarni jakby przygasło, zasłonięte przez coraz większe płatki śniegu. Biała kurtyna odcinała nas od świata zewnętrznego, potęgując uczucie strachu, który zalęgł się w nas jak pasożyt. Niszczył nas od środka. Pożerał. Strach, którego nie potrafiliśmy wytłumaczyć. Idąc przez wyłożony jasnymi panelami korytarz, poczułem się straszliwie zmęczony. Powieki same mi opadały a ból w kręgosłupie nasilał się z każdym krokiem.
„Muszę być silny. Muszę wytrzymać. Muszę mu pomóc.”
Powtarzałem te słowa jak mantrę, a nasze kroki odbijały się echem w przestronnym pomieszczeniu. Pchnąłem drzwi, wsuwając rękę i przesuwając nią w powstałej szczelinie w poszukiwaniu przełącznika światła. Wkrótce dwie duże, ale słabe żarówki zabłysły światłem, oblewając pokój złocistą poświatą. Spojrzałem na chłopaka, który wszedł do pokoju zaraz za mną. Wyglądał naprawdę źle. Podkrążone oczy, których białka poprzecinane były czerwonymi promieniami pękniętych naczynek krwionośnych. Skronie i kark pokrywały drobniutkie kropelki potu. Na jasnym materiale podkoszulki widać było kilka małych plamek. Był blady i słaby. Gorączka trawiła go, było to widać jak na dłoni. Posadziłem go na łóżku i zdjąłem mu mokrą od potu koszulkę. Wyszarpnąłem z szafki biały, puszysty ręcznik do rąk i złożyłem go w kostkę. Namoczywszy go wodą z butelki, która stała obok łóżka, położyłem wilgotny i zimny materiał na rozpalonym czole blondyna. Przymknął oczy, kiedy mokry ręcznik dotknął jego gorącej skóry. Siedziałem obok, przyglądając mu się uważnie. Niall przekręcił się na bok i spojrzał na mnie zmęczonymi oczami. Wiedziałem, że wkrótce rozpocznie się opowieść. Historia, której zaczynałem się bać.
- Boję się tego. To siedzi w mojej głowie. Czy ja jestem chory?
Pokręciłem głową, próbując się uśmiechnąć. Nie wyszło.
- Nie jesteś chory… Masz gorączkę, odpocznij. Rano wszystko mi opowiesz.
- Nie chcę czekać do rana. Nie zasnę, jeśli tego z siebie nie wyrzucę.
Westchnąłem ciężko, ujmując ciepłą dłoń Nialla w ręce. Niemy znak do tego, aby zaczął mówić. Teraz będzie tylko lepiej.
- Znowu zaczęło się tak samo. Duży, szary i zimny pokój. Blacha na ścianach, podłodze, suficie. I ta skrzypiąca, metalowa lampa która wisi nade mną i wiecznie się kołysze. Skrzypiała. Teraz mocniej niż zawsze. Łańcuch chyba miał pęknąć. Trzeszczało. I znowu siedziałem na krześle. Ale tym razem nie mogłem nawet się ruszyć. Czułem jak to wszystko mnie paraliżuje… Jakby jakaś niewidzialna siła przypięła mnie do tego cholernego krzesła. Żarówka zaczynała mrugać, ale klosz wciąż się kołysał. I wtedy… - urwał.
- Co się stało?
- I wtedy ta blacha na ścianach zaczęła się robić pomarańczowa, brudna. Jakby nagle zaczęła rdzewieć…Były takie dziwne, duże plamy. W ścianie przede mną były jakieś drzwi. Metalowe, jak wszystko tam. Tak samo zimne i złe. I spod tych drzwi zaczęła wypływać krew. Otworzyły się, ktoś wszedł, ale nie widziałem kto. Nie mogłem ruszyć głową, widziałem tylko buty. Ciężkie, jakby wojskowe. Ten ktoś do mnie podszedł, trzymał jakiś duży nóż, bo widziałem ostrze… miał zegarek na ręku, na czarnym pasku.
Chłopakiem wstrząsnął nagły dreszcz. Przymknął oczy, opanowując panikę. Wziął głęboki wdech, jakby próbując się uspokoić. Pogłaskałem go po wierzchu dłoni.
- Położył ten nóż na moim ręku… - ciągnął dalej blondyn – Przesuwał nim, ale nie przecinał mi skóry. Chodził wokół mnie, chyba na mnie patrzył. Bałem się… I nagle zniknął. Myślałem że to koniec, ale potem uświadomiłem sobie że stoi za mną. Złapał mnie za szyję, czułem silny uchwyt… I przerażające zimno stali na szyi. Tak jakby przykładał mi ten nóż. Potem wszystko zrobiło się czarne, huknęło i… i potem się obudziłem.
Zamrugałem oczami. Ten sen był
znacznie inny, niż poprzednie. Nie było w nim szarej, brudnej wody.
Nie było tłuczonego, czerwonego mięsa. Nikt nie umarł. Zgadzał
się pokój i krzesło. Ale cała reszta? Pociemniało mi w oczach.
Zaczynałem się coraz bardziej bać. O niego. Podniosłem wzrok. Po
policzku spływała mu łza. Chryste, zrobiło mi się słabo.
- Hej, hej. Nie płacz, to tylko sen. Nie bój się… - powiedziałem, kładąc się obok niego i przesuwając dłonią po spoconych skroniach chłopaka. Nigdy nie był tak bezbronny jak teraz. Nigdy tak bardzo się nie bał. Nie wiedziałem, co zrobić w takiej sytuacji. Jedyne, co mogłem, to go nie zostawiać. Kolejny, silny dreszcz wstrząsnął jego zmęczonym ciałem. Nakryłem go miękką, białą kołdrą. Otworzył oczy i spojrzał na mnie z niepokojem.
- Zostaniesz przy mnie? Chcę mi się spać…
- Zostanę. Śpij, spróbuj nie myśleć o tym wszystkim. – odpowiedziałem, gasząc światło. Wróciłem do łóżka i długo wpatrywałem się w zamknięte powieki Nialla. Czułem, jak przez sen ściska moją dłoń. Spał spokojnie. Wkrótce i ja zasnąłem, ale nie był to spokojny sen. Czułem, jak powietrze gęste jest od czającego się wszędzie strachu.
- Hej, hej. Nie płacz, to tylko sen. Nie bój się… - powiedziałem, kładąc się obok niego i przesuwając dłonią po spoconych skroniach chłopaka. Nigdy nie był tak bezbronny jak teraz. Nigdy tak bardzo się nie bał. Nie wiedziałem, co zrobić w takiej sytuacji. Jedyne, co mogłem, to go nie zostawiać. Kolejny, silny dreszcz wstrząsnął jego zmęczonym ciałem. Nakryłem go miękką, białą kołdrą. Otworzył oczy i spojrzał na mnie z niepokojem.
- Zostaniesz przy mnie? Chcę mi się spać…
- Zostanę. Śpij, spróbuj nie myśleć o tym wszystkim. – odpowiedziałem, gasząc światło. Wróciłem do łóżka i długo wpatrywałem się w zamknięte powieki Nialla. Czułem, jak przez sen ściska moją dłoń. Spał spokojnie. Wkrótce i ja zasnąłem, ale nie był to spokojny sen. Czułem, jak powietrze gęste jest od czającego się wszędzie strachu.
Rano, kiedy wstawałem, Niall jeszcze
spał. Ja musiałem iść na egzamin z ekonomii. Nienawidziłem tego
przedmiotu, ale bez niego nie zaliczyłbym semestru. Ostatni rok
studiów ciągnął się w nieskończoność. Wsiadając do
samochodu, czułem że nie zaliczę. Przez ostatni tydzień w ogóle
nie tknąłem książek, zbyt zajęty Niallem i jego snami. Strach o
tego chłopaka nie pozwalał mi skupić się na nauce. Dojechałem
pod wydział. Kilkanaście minut później rozpoczął się egzamin.
Otworzyłem swój arkusz, ale nie docierało do mnie absolutnie nic.
Byłem zbyt zmęczony. Pytania były dla mnie pozbawione
jakiegokolwiek sensu. Nie rozumiałem ich. Oparłem głowę o złożone
przed sobą dłonie i zamknąłem oczy. Natychmiast pojawiła mi się
w myślach wizja mojego blondyna w zimnym, metalicznym pokoju z
kołyszącą się lampą i człowieka, który przykładał mu nóż
do gardła. Gwałtownie podniosłem głowę i wtedy zorientowałem
się, że w kieszeni wibruje mi telefon. Rozejrzałem się.
Egzaminator pochylał się nad plikiem dokumentów, więc powoli
wyciągnąłem urządzenie z kieszeni. Ekranik informował mnie o
nowej wiadomości. Stuknąłem palcem w telefon.
„Pomóż mi. Ja chyba umrę…”
Wiadomość była od Nialla. Sprzed kilkunastu sekund. Normalnie potraktowałbym to jako głupi żart i niezbyt się tym przejął. Ale w obecnej sytuacji potraktowałem to jako alarm. Automatycznie podniosłem rękę do góry. Po chwili już wybiegałem z sali, pędząc do samochodu. Wetknąłem kluczyk w stacyjkę i po dwóch kwadransach dotarłem do mieszkania. Wbiegłem po schodach i z obłędem w oczach wpadłem do sypialni. Była pusta, podobnie jak salon i kuchnia. Spojrzałem na drzwi do łazienki z niepokojem. Powoli ruszyłem w ich stronę. A kiedy je otworzyłem, poczułem jak uginają się pode mną kolana. To, co zobaczyłem, pozbawiło mnie oddechu i zdolności trzeźwego myślenia. Rzuciłem się naprzód, prosto na zakrwawionego chłopaka. Nadepnąłem na coś, co chrupnęło pod moją nogą. Spojrzałem w dół na duże kawałki szkła. Nad umywalką wisiały szczątki lustra. Krew spływała po bladych przedramionach Nialla, skupiając się w zagłębieniach zaciśniętych dłoni. Złapałem ręcznik i delikatnie przetarłem krew. Natychmiast pojawiła się znowu. Podłoga była czerwona, bo krew mieszała się z wodą płynącą z odkręconego kranu nad wanną.
- Ej, co ty mi tu odwalasz?! Niall, obudź się! Co ty zrobiłeś? – krzyczałem w panice. Uciskałem ręcznikiem porozdzierane przedramiona chłopaka, próbując go obudzić.
Chłopak lekko poruszył głową, ale nie otworzył oczu. Opanowałem panikę i przysunąłem głowę do bladej twarzy Nialla. Oddychał, a więc nie wszystko jeszcze stracone. Brakowało mi jeszcze jednej ręki, żeby zadzwonić po karetkę. W końcu zdecydowałem i przyciskając kolanem ręcznik do poranionej ręki blondyna, wezwałem pomoc. Pogotowie przyjechało po pięciu minutach. Wysoki sanitariusz przegonił mnie z łazienki. Krążyłem więc po korytarzu, widząc tylko plecy ratowników medycznych, którzy szeptali coś pod nosem i ratowali chłopaka, który próbował podciąć sobie żyły. Wkrótce jeden z nich wyszedł i stanowczo chwycił mnie pod rękę i wyprowadził do salonu. Wpatrywałem się w niego nieprzytomnym wzrokiem, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało.
- Wyjdzie z tego. Ciął w poprzek. Gdyby ciął wzdłuż, nie bylibyśmy w stanie nic zrobić. Stracił niewiele krwi, na szczęście.
- Jak to? Przecież tam wszystko jest czerwone! – powiedziałem rozpaczliwie.
- To przez wodę. Wymieszała się z krwią, więc wydawało się panu że jest jej tak dużo.
- Zabieracie go do szpitala?
- Tak. Chce pan coś na uspokojenie?
- Nie! – zaprotestowałem, potrząsając głową.
- Dobrze, w takim razie pojedzie pan z nami. Trzeba będzie założyć szwy, ale potem będzie pan mógł zabrać kolegę do domu. Natomiast proponowałbym rozmowę z psychiatrą… Próby samobójcze najczęściej nie kończą się na jednym razie.
Poczułem, jak podnosi mi się ciśnienie. Niall nie jest samobójcą, do cholery. I nie jest chory psychicznie, nie potrzebny mu żaden lekarz. Poradzimy sobie z tym sami.
- Dobrze dobrze! – pokiwałem głową – Ale już jedźmy.
„Pomóż mi. Ja chyba umrę…”
Wiadomość była od Nialla. Sprzed kilkunastu sekund. Normalnie potraktowałbym to jako głupi żart i niezbyt się tym przejął. Ale w obecnej sytuacji potraktowałem to jako alarm. Automatycznie podniosłem rękę do góry. Po chwili już wybiegałem z sali, pędząc do samochodu. Wetknąłem kluczyk w stacyjkę i po dwóch kwadransach dotarłem do mieszkania. Wbiegłem po schodach i z obłędem w oczach wpadłem do sypialni. Była pusta, podobnie jak salon i kuchnia. Spojrzałem na drzwi do łazienki z niepokojem. Powoli ruszyłem w ich stronę. A kiedy je otworzyłem, poczułem jak uginają się pode mną kolana. To, co zobaczyłem, pozbawiło mnie oddechu i zdolności trzeźwego myślenia. Rzuciłem się naprzód, prosto na zakrwawionego chłopaka. Nadepnąłem na coś, co chrupnęło pod moją nogą. Spojrzałem w dół na duże kawałki szkła. Nad umywalką wisiały szczątki lustra. Krew spływała po bladych przedramionach Nialla, skupiając się w zagłębieniach zaciśniętych dłoni. Złapałem ręcznik i delikatnie przetarłem krew. Natychmiast pojawiła się znowu. Podłoga była czerwona, bo krew mieszała się z wodą płynącą z odkręconego kranu nad wanną.
- Ej, co ty mi tu odwalasz?! Niall, obudź się! Co ty zrobiłeś? – krzyczałem w panice. Uciskałem ręcznikiem porozdzierane przedramiona chłopaka, próbując go obudzić.
Chłopak lekko poruszył głową, ale nie otworzył oczu. Opanowałem panikę i przysunąłem głowę do bladej twarzy Nialla. Oddychał, a więc nie wszystko jeszcze stracone. Brakowało mi jeszcze jednej ręki, żeby zadzwonić po karetkę. W końcu zdecydowałem i przyciskając kolanem ręcznik do poranionej ręki blondyna, wezwałem pomoc. Pogotowie przyjechało po pięciu minutach. Wysoki sanitariusz przegonił mnie z łazienki. Krążyłem więc po korytarzu, widząc tylko plecy ratowników medycznych, którzy szeptali coś pod nosem i ratowali chłopaka, który próbował podciąć sobie żyły. Wkrótce jeden z nich wyszedł i stanowczo chwycił mnie pod rękę i wyprowadził do salonu. Wpatrywałem się w niego nieprzytomnym wzrokiem, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało.
- Wyjdzie z tego. Ciął w poprzek. Gdyby ciął wzdłuż, nie bylibyśmy w stanie nic zrobić. Stracił niewiele krwi, na szczęście.
- Jak to? Przecież tam wszystko jest czerwone! – powiedziałem rozpaczliwie.
- To przez wodę. Wymieszała się z krwią, więc wydawało się panu że jest jej tak dużo.
- Zabieracie go do szpitala?
- Tak. Chce pan coś na uspokojenie?
- Nie! – zaprotestowałem, potrząsając głową.
- Dobrze, w takim razie pojedzie pan z nami. Trzeba będzie założyć szwy, ale potem będzie pan mógł zabrać kolegę do domu. Natomiast proponowałbym rozmowę z psychiatrą… Próby samobójcze najczęściej nie kończą się na jednym razie.
Poczułem, jak podnosi mi się ciśnienie. Niall nie jest samobójcą, do cholery. I nie jest chory psychicznie, nie potrzebny mu żaden lekarz. Poradzimy sobie z tym sami.
- Dobrze dobrze! – pokiwałem głową – Ale już jedźmy.
Uruchomiłem silnik i pojechałem za
karetką, trzymając się prawie jej tylniego zderzaka. Pod szpitalem
prawie wypadłem z samochodu, bo zaplątałem się w pasy
bezpieczeństwa i straciłem równowagę. Siedzący w oknie starszy
człowiek uśmiechnął się do mnie szeroko. Pomyślałem że się
ze mnie nabija i puściłem mu pod nosem soczystą wiązankę niezbyt
cenzuralnych słów. Z kieszeni wyciągnąłem pogniecioną paczkę
papierosów i zapaliłem jedynego, który nie był połamany. Resztę
wyrzuciłem do pojemnika na śmieci. Zaciągnąłem się dymem,
prawie czując jak wypełnia każdy milimetr moich płuc. Nikotyna
rozeszła się po moim organizmie jak fala środka uspokajającego.
Teraz, kiedy wiedziałem że Niall żyje i nic mu już nie grozi,
będzie mógł wrócić do domu. Koszmar minął. Ale jednocześnie
poczułem jak ogarnia mnie nagła złość. Co mu do głowy
strzeliło? Czego mu brakowało? Czy to moja wina? Czy on w ogóle o
mnie pomyślał?! W mojej głowie pojawiły się setki pytań bez
odpowiedzi. Kolejny zastrzyk nikotyny sprawił, że pytania nagle
zniknęły, a na ich miejscu pojawiła się przygnębiająca pustka.
A co, gdybym nie zdążył przyjechać? Gdyby Niall wykrwawił się
na śmierć? Gdybym nie zdążył wezwać karetki, przecież byłby
już martwy, prawda? Kolejne pytania, zaraz po nich kolejne i
następne. Czułem się jak wielki, czarny znak zapytania. Nie
potrafiłem rozsądnie myśleć, zbyt przejęty całą sytuacją.
Wyrzuciłem resztkę papierosa do studzienki kanalizacyjnej i
wszedłem do budynku szpitala. Szpitale zawsze przyprawiały mnie o
mieszaninę negatywnych uczuć. To miejsca, w których ludzie rodzą
się i umierają. W których rozgrywają się ludzkie tragedie. W
których ważą się losy poszczególnych ludzi. Panowała tutaj
atmosfera śmierci. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego kojarzą mi
się głównie z umieraniem. Przecież w znacznie większej części
ludzi się tutaj ratuje. Ale widmo śmierci zawisło nad szpitalem w
moich oczach i nie potrafiłem się go pozbyć. Prawie wyczuwałem
tutaj zapach śmierci. Przeplatał się z mocnym zapachem środków
czystości i krochmalu, którym przesiąknięte były korytarze.
Puste hole, ciągnące się w nieskończoność tylko potęgowały
wrażenie, że wszedłem do wielkiego grobu. Odbijające się echem
kroki, dźwięki syren karetek pogotowia, wszechobecna, elektryczna
biel. To wszystko sprawiało, że czułem się tutaj co najmniej
nieswojo. Usiadłem na brzegu białej, plastikowej ławki i wlepiłem
wzrok w drzwi z napisem „GABINET ZABIEGOWY”. Tam był Niall,
zszywali mu porozcinane ręce. Mijały minuty, chwila za chwilą, a
jego wciąż nie było. Czy on w ogóle odzyskał przytomność?
Próbowałem czytać wiszące na ścianach plakaty. Nie potrafiłem
się na nich skupić, bo każdy trzask zamykanych drzwi czy odległe
kroki działały na mnie jak sygnał alarmowy. Kilka razy podrywałem
się z miejsca, kiedy ktoś obok mnie przechodził. Wszystko to na
darmo.
Po pół godzinie, która trwała według mnie całe wieki, drzwi do gabinetu zabiegowego otworzyły się i pojawiła się w nich rumiana twarz lekarki. Rozejrzała się po korytarzu, a kiedy zobaczyła jak idę w jej stronę, uśmiechnęła się i wpuściła mnie do środka. Wszedłem, nawet nie mówiąc „dzień dobry”.
Po pół godzinie, która trwała według mnie całe wieki, drzwi do gabinetu zabiegowego otworzyły się i pojawiła się w nich rumiana twarz lekarki. Rozejrzała się po korytarzu, a kiedy zobaczyła jak idę w jej stronę, uśmiechnęła się i wpuściła mnie do środka. Wszedłem, nawet nie mówiąc „dzień dobry”.
Niall leżał na obitej zielonym
materiałem kozetce, wciąż blady jak ściana. Ale oczy miał
otwarte, co odczytałem jako bardzo dobry znak. Podszedłem powoli,
patrząc jak przenosi wzrok z sufitu na mnie. Pokręciłem głową z
niezadowoleniem.
- Coś ty najlepszego narobił…? Po co? Zgłupiałeś?
Nie odpowiedział. Odwrócił tylko wzrok, unikając mojego spojrzenia. Czułem, że mimo że żyje, coś jest nie w porządku. Coś go gryzło. Domyślałem się, że nie próbował poderżnąć sobie żył przypadkiem. Że coś o tym zadecydowało, coś co zagnało go w ślepy zaułek, z którego uciec mógł tylko poprzez odebranie sobie życia. Ostateczne rozwiązanie. Ale nie potrafiłem odgadnąć w tej chwili, co to mogło być. Zresztą, po chwili przestało mieć to dla mnie większe znaczenie. Cieszyłem się, że Niall żyje. Że jest przytomny. Mój wzrok powędrował na jego przedramiona, które zabandażowane były od nadgarstków aż po łokcie. Na podłodze dostrzegłem kilka rozpryśniętych kropel krwi a na stoliku, przy którym krzątała się pielęgniarka, drobiny szkła, zakrwawione waciki i mnóstwo splątanej nici chirurgicznej. Wyglądało to groźnie, zwłaszcza że czerwień krwi odcinała się na tle białych bandaży. Pielęgniarka jednym ruchem zgarnęła wszystko do pojemnika na odpady medyczne i zniknęła za drzwiami. Usiadłem na brzegu kozetki i położyłem dłoń na kolanie Nialla.
- Mały, co ty wymyśliłeś? Dlaczego? Nawet sobie nie wyobrażasz jak się bałem…
Niall powoli spojrzał na mnie. Widać było, że wciąż jest bardzo słaby.
- Strach popycha nas do różnych sytuacji. Ja już sobie nie potrafię z tym poradzić. Sam widzisz, jak to się skończyło. Nikt nie potrafi mi pomóc, skoro nawet ja sobie z tym nie radzę.
Nagle poczułem się tak, jakby Niall mówił o mnie. Powiedział, że nikt nie potrafi mu pomóc. Poczułem wyrzuty sumienia, że mu nie pomogłem. Że nie potrafiłem nic zrobić. Czyli to moja wina? To ja go tutaj zagnałem? To przeze mnie próbował odebrać sobie życie? Spuściłem wzrok.
- Przepraszam. Ale nie musiałeś tego robić. Pomyślałeś o mnie? Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało…
- Wiesz, pomyślałem. Do ostatniej chwili, kiedy byłem świadomy, myślałem o tobie. I o tym, jak bardzo będzie mi ciebie brakowało. Ale wiedziałem też, że w końcu byś to zrozumiał. I w sumie, tak byłoby lepiej dla ciebie.
- Lepiej dla mnie? Oszalałeś? Co to ma znaczyć?
Niall uśmiechnął się blado.
- Nie musiałbyś tego znosić. Wysłuchiwać moich bzdur…
- Jesteś głupi – przerwałem mu – Kocham cię. I czy ci się to podoba, czy nie, zawsze będę przy tobie. I zawsze cię wysłucham, dzieciaku. Nie mów tak nigdy więcej.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się pielęgniarka, która wyrzuciła mnie z pokoju, twierdząc że musi podać chłopakowi jakieś leki przyspieszające produkcję czerwonych krwinek. Dla mnie brzmiało to jak czarna magia. Mruknąłem pod nosem, że czekam w samochodzie i wyszedłem na zewnątrz. Wsiadłem do mojej czarnej hondy i zacząłem grzebać w schowkach, szukając papierosów. Często w dymie nikotynowym odnajdywałem chwilowy spokój. Chwilowe ukojenie, przerwę od codzienności. Kilka minut samotności. Czas zwalniał, a ja spokojnie mogłem oglądać szare smugi w powietrzu. Wyszarpnąłem zmaltretowaną paczkę spod pliku papierów, które zalegały w schowku przed pasażerem. Wszystko wypadło na podłogę. Zakląłem pod nosem, przewieszając się przez środkową konsolę i próbując zebrać wszystko, co wypadło. Poczułem, jak w żebra wbija mi się dźwignia skrzyni biegów. Skrzywiłem się, łapiąc kilka luźnych kartek, rozsypanych pod fotelem. Spomiędzy nich wysunęło się zdjęcie, które zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Uśmiechnięta twarz Amelii spoglądała na mnie radośnie na tle wielkiego szyldu szkoły jeździeckiej. Gdzieś w tle biegł Harry, a ja wisiałem w prawym rogu, przewieszony przez drewniane ogrodzenie z surowych belek. Pamiętałem dokładnie, kiedy to zdjęcie powstało. Dwa lata temu, podczas jej najważniejszych zawodów konnych. Była faworytką. Zdjęcie zrobiliśmy kilkanaście minut przed jej startem. Była faworytką. Przez półtora roku trenowała prawie codziennie. Na treningach dawała z siebie wszystko, a Siguelo, jej wierny wierzchowiec, jakby rozumiał jak to jest dla niej ważne. I wykazywał się niesamowitą formą. Kilkadziesiąt sekund po starcie, na trzeciej przeszkodzie, koń potknął się i złamał nogę. To był koniec jego kariery. A Amelia przez najbliższe tygodnie nie mogła pozbierać się po stracie narowistego przyjaciela.
Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielkim idiotyzmem wykazałem się w ciągu ostatnich tygodni. Dlaczego nie zwróciłem się o pomoc właśnie do niej? Do Amelii? Ona jak nikt inny potrafiła wysłuchiwać. I wyciągała z tego bardzo trafne wnioski. Wyrżnąłem pięścią w czoło, upychając papiery w schowku i zapalając papierosa. Wygrzebałem telefon z kieszeni i wybierałem już jej numer, kiedy w drzwiach pojawił się lekarz, podtrzymujący chwiejącego się Nialla. Odłożyłem telefon, papierosa wyrzuciłem przez okno i szybko podszedłem do nich. Zamieniłem kilka słów z lekarzem, dowiedziałem się czego mu nie wolno, a co wolno. Kiedy już usadowiliśmy się w samochodzie, spojrzałem na niego wzrokiem pełnym wyrzutów. Teraz będzie musiał mi się wytłumaczyć. Inaczej zagryzę go na śmierć. Straciłem przez niego dość nerwów. I nie miałem zdecydowanie siły na kolejną porcję negatywnych emocji. Nawet na mnie nie spojrzał. Oparł głowę o welurowy zagłówek i półprzymkniętymi oczyma wpatrywał się w parking przed nami, który wydawał się być szary i pozbawiony życia. Słońce odbijało się w czarnej masce samochodu, rzucając na przednią szybę wesołe błyski. Roztopione, śniegowe błoto zalegało przy krawężnikach tak samo, jak w moim sercu zalegał ciągły niepokój i niepewność.
- Powiesz mi, co się stało? Czy mam zgadywać? - spytałem cicho, przyglądając się bladym policzkom Nialla, którym zimowe słońce nadawało jeszcze jaśniejszy odcień.
Spuścił wzrok na swoje zabandażowane przedramiona. Wiedziałem, że ciężko mu jeszcze nimi poruszyć, że wciąż czuje ogromny ból. W końcu kawał szkła w ręku to nie jest coś, do czego można się szybko przyzwyczaić.
- Jedźmy do domu... - odpowiedział jeszcze ciszej. Wiedziałem, że jest zmęczony i słaby. Ale mimo to chciałem usłyszeć, co się wydarzyło w domu.
CDN.
- Coś ty najlepszego narobił…? Po co? Zgłupiałeś?
Nie odpowiedział. Odwrócił tylko wzrok, unikając mojego spojrzenia. Czułem, że mimo że żyje, coś jest nie w porządku. Coś go gryzło. Domyślałem się, że nie próbował poderżnąć sobie żył przypadkiem. Że coś o tym zadecydowało, coś co zagnało go w ślepy zaułek, z którego uciec mógł tylko poprzez odebranie sobie życia. Ostateczne rozwiązanie. Ale nie potrafiłem odgadnąć w tej chwili, co to mogło być. Zresztą, po chwili przestało mieć to dla mnie większe znaczenie. Cieszyłem się, że Niall żyje. Że jest przytomny. Mój wzrok powędrował na jego przedramiona, które zabandażowane były od nadgarstków aż po łokcie. Na podłodze dostrzegłem kilka rozpryśniętych kropel krwi a na stoliku, przy którym krzątała się pielęgniarka, drobiny szkła, zakrwawione waciki i mnóstwo splątanej nici chirurgicznej. Wyglądało to groźnie, zwłaszcza że czerwień krwi odcinała się na tle białych bandaży. Pielęgniarka jednym ruchem zgarnęła wszystko do pojemnika na odpady medyczne i zniknęła za drzwiami. Usiadłem na brzegu kozetki i położyłem dłoń na kolanie Nialla.
- Mały, co ty wymyśliłeś? Dlaczego? Nawet sobie nie wyobrażasz jak się bałem…
Niall powoli spojrzał na mnie. Widać było, że wciąż jest bardzo słaby.
- Strach popycha nas do różnych sytuacji. Ja już sobie nie potrafię z tym poradzić. Sam widzisz, jak to się skończyło. Nikt nie potrafi mi pomóc, skoro nawet ja sobie z tym nie radzę.
Nagle poczułem się tak, jakby Niall mówił o mnie. Powiedział, że nikt nie potrafi mu pomóc. Poczułem wyrzuty sumienia, że mu nie pomogłem. Że nie potrafiłem nic zrobić. Czyli to moja wina? To ja go tutaj zagnałem? To przeze mnie próbował odebrać sobie życie? Spuściłem wzrok.
- Przepraszam. Ale nie musiałeś tego robić. Pomyślałeś o mnie? Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało…
- Wiesz, pomyślałem. Do ostatniej chwili, kiedy byłem świadomy, myślałem o tobie. I o tym, jak bardzo będzie mi ciebie brakowało. Ale wiedziałem też, że w końcu byś to zrozumiał. I w sumie, tak byłoby lepiej dla ciebie.
- Lepiej dla mnie? Oszalałeś? Co to ma znaczyć?
Niall uśmiechnął się blado.
- Nie musiałbyś tego znosić. Wysłuchiwać moich bzdur…
- Jesteś głupi – przerwałem mu – Kocham cię. I czy ci się to podoba, czy nie, zawsze będę przy tobie. I zawsze cię wysłucham, dzieciaku. Nie mów tak nigdy więcej.
Drzwi otworzyły się i pojawiła się pielęgniarka, która wyrzuciła mnie z pokoju, twierdząc że musi podać chłopakowi jakieś leki przyspieszające produkcję czerwonych krwinek. Dla mnie brzmiało to jak czarna magia. Mruknąłem pod nosem, że czekam w samochodzie i wyszedłem na zewnątrz. Wsiadłem do mojej czarnej hondy i zacząłem grzebać w schowkach, szukając papierosów. Często w dymie nikotynowym odnajdywałem chwilowy spokój. Chwilowe ukojenie, przerwę od codzienności. Kilka minut samotności. Czas zwalniał, a ja spokojnie mogłem oglądać szare smugi w powietrzu. Wyszarpnąłem zmaltretowaną paczkę spod pliku papierów, które zalegały w schowku przed pasażerem. Wszystko wypadło na podłogę. Zakląłem pod nosem, przewieszając się przez środkową konsolę i próbując zebrać wszystko, co wypadło. Poczułem, jak w żebra wbija mi się dźwignia skrzyni biegów. Skrzywiłem się, łapiąc kilka luźnych kartek, rozsypanych pod fotelem. Spomiędzy nich wysunęło się zdjęcie, które zadziałało na mnie jak kubeł zimnej wody. Uśmiechnięta twarz Amelii spoglądała na mnie radośnie na tle wielkiego szyldu szkoły jeździeckiej. Gdzieś w tle biegł Harry, a ja wisiałem w prawym rogu, przewieszony przez drewniane ogrodzenie z surowych belek. Pamiętałem dokładnie, kiedy to zdjęcie powstało. Dwa lata temu, podczas jej najważniejszych zawodów konnych. Była faworytką. Zdjęcie zrobiliśmy kilkanaście minut przed jej startem. Była faworytką. Przez półtora roku trenowała prawie codziennie. Na treningach dawała z siebie wszystko, a Siguelo, jej wierny wierzchowiec, jakby rozumiał jak to jest dla niej ważne. I wykazywał się niesamowitą formą. Kilkadziesiąt sekund po starcie, na trzeciej przeszkodzie, koń potknął się i złamał nogę. To był koniec jego kariery. A Amelia przez najbliższe tygodnie nie mogła pozbierać się po stracie narowistego przyjaciela.
Dopiero teraz dotarło do mnie, jak wielkim idiotyzmem wykazałem się w ciągu ostatnich tygodni. Dlaczego nie zwróciłem się o pomoc właśnie do niej? Do Amelii? Ona jak nikt inny potrafiła wysłuchiwać. I wyciągała z tego bardzo trafne wnioski. Wyrżnąłem pięścią w czoło, upychając papiery w schowku i zapalając papierosa. Wygrzebałem telefon z kieszeni i wybierałem już jej numer, kiedy w drzwiach pojawił się lekarz, podtrzymujący chwiejącego się Nialla. Odłożyłem telefon, papierosa wyrzuciłem przez okno i szybko podszedłem do nich. Zamieniłem kilka słów z lekarzem, dowiedziałem się czego mu nie wolno, a co wolno. Kiedy już usadowiliśmy się w samochodzie, spojrzałem na niego wzrokiem pełnym wyrzutów. Teraz będzie musiał mi się wytłumaczyć. Inaczej zagryzę go na śmierć. Straciłem przez niego dość nerwów. I nie miałem zdecydowanie siły na kolejną porcję negatywnych emocji. Nawet na mnie nie spojrzał. Oparł głowę o welurowy zagłówek i półprzymkniętymi oczyma wpatrywał się w parking przed nami, który wydawał się być szary i pozbawiony życia. Słońce odbijało się w czarnej masce samochodu, rzucając na przednią szybę wesołe błyski. Roztopione, śniegowe błoto zalegało przy krawężnikach tak samo, jak w moim sercu zalegał ciągły niepokój i niepewność.
- Powiesz mi, co się stało? Czy mam zgadywać? - spytałem cicho, przyglądając się bladym policzkom Nialla, którym zimowe słońce nadawało jeszcze jaśniejszy odcień.
Spuścił wzrok na swoje zabandażowane przedramiona. Wiedziałem, że ciężko mu jeszcze nimi poruszyć, że wciąż czuje ogromny ból. W końcu kawał szkła w ręku to nie jest coś, do czego można się szybko przyzwyczaić.
- Jedźmy do domu... - odpowiedział jeszcze ciszej. Wiedziałem, że jest zmęczony i słaby. Ale mimo to chciałem usłyszeć, co się wydarzyło w domu.
CDN.
Opowiadanie zapowiada się świetnie! Bardzo podoba mi się styl w jakim piszesz - tajemniczy, a zarazem stwierdzający. Oraz oczywiście długość rozdziału bardzo zadowala :)
OdpowiedzUsuńCzekam na dalsze rozdziały!
`Ronnie.
O. MÓJ. BOŻE. Ten blog, + cicho puszczone "Flawed Design" to po prostu magia. Pisz dalej. Proszę.
OdpowiedzUsuńMistrzostwo świata.
OdpowiedzUsuńCudowne *_*
Czekam na kolejny rozdział z niecierpliwością.
~ Michał.
*.* MAGIA <3 AMAZING!! jesteś niesamowita :3 Pisz dalej
OdpowiedzUsuńTak, Maciek jest NIESAMOWITA. Wszyscy o tym wiemy.
UsuńMaciej zmienił płeć? Jezu, ja jak zwykle o wszystkim dowiaduję się ostatnia! :/
UsuńNiesamowity :D
OdpowiedzUsuńAutor.
43 years old Research Assistant II Mordecai Simnett, hailing from Vanier enjoys watching movies like Planet Terror and Sailing. Took a trip to Madriu-Perafita-Claror Valley and drives a Esprit. strona
OdpowiedzUsuń